No błagam, tak to mogli się przekomarzać w Hogwarcie, gdyby nie dzieliło ich prawie całe przejście demograficzne w szkole. On przynajmniej tym jednym, uszczypliwym zwrotem kupił jej uwagę na całą dalsza treść. Bo co jak co, ale na randki to raczej się z nią nie prowadzał, chociaż świeczki się zdarzały. Prędzej kaktus wyrósł by mu na czole, niż pozwoliłby się sfotografować komuś na kolacji z nią, czy w dowolnym innym quasi romantycznym miejscu. No i właśnie, do tego potrzebna była romantyczna atmosfera o którą Louvain wcale nie zabiegał. Mogła być co najwyżej środkiem do celu, a cel to władczość. Wiadomo kto, wiadomo nad kim. W końcu był jej Cesarzem.
No i tutaj nie zgadzali się fundamentalnie. Little Hangleton było miejscem cudownym w swym majestacie. Po tysiąckroć razy bardziej wolał nieprzystępną aurę tej niewielkiej mieściny od słodkopierdzącej Doliny Godryka. No bo bądźmy szczerzy. Czy szaleństwo nie było tym co najbardziej poruszało ich wnętrza? Louvain odpowiedziałby bez zawahania. A ta dusząca mgła, wisielcza atmosfera i aromat swądu czarnej magii były tylko iluzoryczna. Całość skrywała pod sobą o wiele więcej tajemnic, niż mogłoby się komukolwiek wydawać, a jedną z nich zamierzał dzisiaj rozwiązać właśnie z pomocą Rosie. A dzięki temu, że miejsce to zdawało się na tyle nieprzyjazne odpychało wszędobylskie, ciekawe nosy jak i mugoli. Im mniej się ich kręciło w okolicy, tym lepiej dla wszystkich czarodziejów, przynajmniej miasteczku było łatwiej zachować swój magiczny dorobek kulturowy. Może zatęchły i zwilgotniały, ale jednak wciąż dorobek.
Czekał na nią, tak samo opatulony letnim płaszczem z rękami skrzyżowanymi na piersi. Ulizana fryzura, kołnierz postawiony wysoko, rękawiczki na dłoniach i tatuaże zakryte magią maskującą. Wszystko żeby jak najmniej odsłaniać swojego Zimnego ciała. Nie był do końca pewny czy przystanie na jego propozycję, na tyle ile ją znał, wiedział że była w stanie zrobić nawet największe głupstwo w nieodpowiedniej minucie, byle tylko napsuć mu czarnej krwi. I chyba to go najbardziej w tym wszystkim kręciło.
- Na przyjemności musisz sobie zasłużyć. Zresztą nawet w samym piekle było przeraźliwie zimno... sama zresztą wiesz. - uśmiechnął się zadziornie. Mówiąc to poprawił swój płaszcz w podobnym tonie, a nawet nieznacznie, ale jednak schylił czoła przed panną mroczną wywłoką, chociaż nie byłby sobą gdyby nie okraszył tego ironicznym uśmieszkiem. Z naturalnego wyrazu twarzy, który już był wystarczająco chłodny i oziębły, kiedy tylko zobaczył jej postać, zmarszczył brwi przybierając jeszcze bardziej srogą minę. Nie utrzymał jednak zbyt długo tego grymasu, kiedy trzpiotka zahaczyła stópką o wystający korzeń. Na ten obrazek mimowolnie uśmiechnął się pobłażliwie, może odrobinę szyderczo.
- Wybacz, ale obawiałem się, że świeczki i mój widok mogłyby przywołać wstydliwe wspomnienia. Pytanie tylko, czy jego, czy jej? Tego, że po raz pierwszy zaznajomił ją ze swoją gniewną wrażliwością? A może bardziej tego, że dał się jej tak tanio sprowokować? Tak, czy siak, w swojej głowie był górą, bo to nie jego łzy polały się strumieniem. W tym momencie pochylił się nawet bardziej, ubawiony tym jak chłodną niegościnnością potrafili się wzajemnie obdarować. Wystawił rękę, oczekując, aż sama mu poda swoją, by mógł ją uchwycić kiedy tak teatralnie i zdegustowana przewróciła oczami, przystawiając sobie ją do czoła. Nie prosiła o ten gest z etykiety dżentelmena, ale on też miał tutaj swoją rolę do odegrania. Poza tym to maksimum na jego mógł się dla niej zdobyć, bo całować po rękach mógłby wyłącznie Cynthie, lub Lorette.
I kiedy już zaakcentował jak wielkim dupkiem z wyższych sfer był, to pociągnął za tę samą rękę, którą mu wystawiła po to by mieć ją tuż przed sobą, by zatrzymała się na jego posturze. Jedną ręką objął ją w pasie, a drugą chwycił za różdżkę, tylko po to by jej końcem nacisnąć na jej podbródek, by wymusić od niej ruch w którym tak jak ostatnio, odsłoniłaby szyję oraz jej okolice. Przyjrzał się dokładniej miejscu na jej skórze, gdzie zapamiętał ślady kogoś obcego. Bardzo nie lubił kiedy ktoś bawił się jego zabawkami bez pytania. A kiedy nie dostrzegł nic, albo przynajmniej na tyle dobrze użyte czary maskujące, by nie musieć oglądać tych przykrych dowodów obecności kogoś jeszcze, uśmiechnął się. Nawet łagodnie, bo usatysfakcjonowany, że spełniła jego zachciankę. Odłożył różdżkę do kieszeni i poluzował uścisk w pasie Rosie.
- A następnym razem przyjdziesz z tym od razu do mnie. Twoja krzywda to wyłącznie mój przywilej. - słowa te kompletnie pasowały do uniesionych brwi i kącików ust. Na domiar obrzydliwego zaczesał kosmyk jej blond włosów za ucho, jakby stawiał kropkę nad i w słowie okrutnik. Bo jak inaczej w oględny sposób zakomunikować ślicznej McKinnon, że ten teren, to jego teren.