13.03.2024, 22:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 22:15 przez Ambrosia McKinnon.)
- Hm... to coś jak ten, jak mu tam było... - zastanowiła się przez chwilę, wyraźnie błądząc myślami dookoła wątku, który próbowała pochwycić, ale absolutnie nie była w stanie tego zrobić. W końcu więc machnęła ręką, trochę jakby właśnie odganiała natrętną muchę, która zbyt długo latała dookoła, tylko irytują. - Jakkolwiek by mu nie było. Ten jeden auror. Słyszałam, że zabrali go do kowenu, bo też nie mógł się obudzić. Isobell musiała go jakoś odratować, bo inaczej biedaczek skończyłby absolutnie martwy. Potem te wszystkie inne kapłanki się na niego rzuciły jak stado wygłodniałych wilków, ale jak je zapytać o cokolwiek, to dziewuchy nic pożytecznego nie wiedziły, eh... - westchnęła boleściwie. Może zwyczajnie nie była zbyt przekonująca jeśli chodziło o zadawanie odpowiednich pytań, ale panny w kowenie zdawały się zbyt wniebowzięte samym faktem dokonania tego cudu, a nie tym jak właściwie arcykapłance się to udało.
Może to i lepiej, ze Travers nie zamierzał się na Lestrange'a powoływać podczas tej wymiany zdań, bo bardzo możliwe, że zapał McKinnon nieco by w takim przypadku opadł. Było coś w postaci Louvaina, co skutecznie zniechęcało ją do niektórych tematów, jakby za bardzo ceniła sobie te momenty bez niego, by chcieć dodatkowo pchać się w jego rejony. A przynajmniej nie chciałaby tego robić ani dzisiaj, ani tym bardziej na tej plaży, gdzie faktycznie krzesała z siebie szczere zmartwienie.
- Rozumiem, w takim razie spróbujmy - powiedziała, bez mrugnięcia okiem wyciągając w jego kierunku dłoń. Teraz to ona czekała, żeby wyciągnął do niej rękę, a zanim sięgnęła po różdżkę, rozejrzała się jeszcze kontrolnie, czy nikt inny nie spróbował sobie zrobić właśnie spaceru z okazji tak przyjemnej pogody. Plaża jednak była absolutnie pusta.
Nie była mistrzynią w dziedzinie nekromancji, ale posiadała na tyle wiedzy, by bez większych zmartwień podjąć się zwykłego przekazania mu energii. Nie zamierzała się też przed tym wzbraniać w jego obecności, bo powiedzmy sobie szczerze - nie byli przecież dziećmi i potrafili dodać dwa do dwóch by wiedzieć, że nekromancja była akurat w tym momencie pewnie najmniejszym przewinieniem, jakie mieliby za uszami.
Rosie rzuciła zaklęcie, przelewając na Theona nieco krążącej w niej energii życiowej. Było to niczym zastrzyk energii, rozchodzący się przyjemnie po ciele, jednak oprócz tego że poczuł się lepiej - niczego to tak naprawdę nie zmieniło. Chłód wciąż przejmował go na wskroś, tak samo jak i przenikał przez skórę na dłoniach kobiety, sugerując jej, że jej działania albo nie zmieniły niczego, albo zrobiły naprawdę niewiele.
- Lepiej? Gorzej? Tak samo? Trochę inaczej? - podniosła na niego spojrzenie, do tej pory skryte pod wachlarzem rzęs, wpatrzone w przestrzeń gdzieś na wysokości ich splecionych dłoni i zwyczajnie próbujące się skoncentrować na tym, co jeszcze przed chwilą próbowała zrobić. - Martwić? Ja się wcale nie martwię - wymruczała jeszcze pod nosem, jakby nieco nadąsana. Jak dziewczynka, przyłapana na tym, że jej trochę za bardzo zależy. Ale tak już miała; o niektórych troszczyła się nawet bezzasadnie, nie zwracając uwagi na ich listę przewinień czy to, ile czasu minęło od ostatniej rozmowy. Tak samo jednak, jak była tego świadoma, tak niemal z dziecinnym zacięciem potrafiła się tego wypierać.
Może to i lepiej, ze Travers nie zamierzał się na Lestrange'a powoływać podczas tej wymiany zdań, bo bardzo możliwe, że zapał McKinnon nieco by w takim przypadku opadł. Było coś w postaci Louvaina, co skutecznie zniechęcało ją do niektórych tematów, jakby za bardzo ceniła sobie te momenty bez niego, by chcieć dodatkowo pchać się w jego rejony. A przynajmniej nie chciałaby tego robić ani dzisiaj, ani tym bardziej na tej plaży, gdzie faktycznie krzesała z siebie szczere zmartwienie.
- Rozumiem, w takim razie spróbujmy - powiedziała, bez mrugnięcia okiem wyciągając w jego kierunku dłoń. Teraz to ona czekała, żeby wyciągnął do niej rękę, a zanim sięgnęła po różdżkę, rozejrzała się jeszcze kontrolnie, czy nikt inny nie spróbował sobie zrobić właśnie spaceru z okazji tak przyjemnej pogody. Plaża jednak była absolutnie pusta.
Nie była mistrzynią w dziedzinie nekromancji, ale posiadała na tyle wiedzy, by bez większych zmartwień podjąć się zwykłego przekazania mu energii. Nie zamierzała się też przed tym wzbraniać w jego obecności, bo powiedzmy sobie szczerze - nie byli przecież dziećmi i potrafili dodać dwa do dwóch by wiedzieć, że nekromancja była akurat w tym momencie pewnie najmniejszym przewinieniem, jakie mieliby za uszami.
Rosie rzuciła zaklęcie, przelewając na Theona nieco krążącej w niej energii życiowej. Było to niczym zastrzyk energii, rozchodzący się przyjemnie po ciele, jednak oprócz tego że poczuł się lepiej - niczego to tak naprawdę nie zmieniło. Chłód wciąż przejmował go na wskroś, tak samo jak i przenikał przez skórę na dłoniach kobiety, sugerując jej, że jej działania albo nie zmieniły niczego, albo zrobiły naprawdę niewiele.
- Lepiej? Gorzej? Tak samo? Trochę inaczej? - podniosła na niego spojrzenie, do tej pory skryte pod wachlarzem rzęs, wpatrzone w przestrzeń gdzieś na wysokości ich splecionych dłoni i zwyczajnie próbujące się skoncentrować na tym, co jeszcze przed chwilą próbowała zrobić. - Martwić? Ja się wcale nie martwię - wymruczała jeszcze pod nosem, jakby nieco nadąsana. Jak dziewczynka, przyłapana na tym, że jej trochę za bardzo zależy. Ale tak już miała; o niektórych troszczyła się nawet bezzasadnie, nie zwracając uwagi na ich listę przewinień czy to, ile czasu minęło od ostatniej rozmowy. Tak samo jednak, jak była tego świadoma, tak niemal z dziecinnym zacięciem potrafiła się tego wypierać.
Rzut N 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!
she was a gentle
sort of horror
sort of horror