13.03.2024, 23:11 ✶
Cynthia zawsze preferowała blask księżyca nad promienie słońca, doskonale się z Victorią uzupełniały. Zerknęła w stronę okna, pomarańczowa łuna zatańczyła na horyzoncie, nad dachami kamienic i innych budynków z magicznej części Londynu, ale i spoza niej. Dostrzegła gdzieś przy chmurach klucz ciemnych kształtów, lecący najpewniej w stronę któregoś brzegu Tamizy. Wszystko zdawało się spokojne i ciche, gotowe do pogrążenia we śnie, co było przecież tylko iluzją. To miasto nigdy nie spało, nigdy nie zwalniało, rzucało wyzwania na każdym kroku — podobnie, jak w ostatnich tygodniach ich życie. Nie było chwili wytchnienia, co było wyczerpujące. Przymknęła na chwile oczy, czując słabe ciepło od wpadających przez okno promieni na twarz, starając się odepchnąć z głowy natłok niepotrzebnych myśli.
Według społeczeństwa to już powinny mieć przynajmniej po jednym dziecku, dobrze stojącego finansowo i towarzysko męża, a także piękny dom. Spełniać się w roli matek i pań domu, tylko Cyna śmiała twierdzić, że obydwie były stworzone do czegoś więcej. Rola krowy na targu, którą rodzic musiał, jak najlepiej sprzedać była im teoretycznie pisana, ale czy w praktyce, świat się nie rozwijał i nie uwspółcześniał? Czy tak źle było wychodzić z narzuconego schematu, aby skupić się na sobie samym? Pewnie tak. Były jednak na tyle dobrze wychowane, na tyle przywiązane do swoich rodzin, że żadna nie umiała do końca się odciąć od tego pomysłu. Przekładały to, zwlekały, a ostatnie wydarzenia w życiu Tori pewnie sprawiły, że wcale już tego nie chciała. Bardziej przydałby się jej stabilny emocjonalnie partner niż zakupy na wesele i wyprawkę. Przeniosła na nią łagodne, czułe wręcz spojrzenie. Ufała jej całą sobą, powierzyłaby jej wszystko i nie było rzeczy, której by Flint nie zrobiła dla bezpieczeństwa swojej przyjaciółki, nawet jeśli miałoby to wykraczać poza przyzwoitość i sumienie. Nie miałaby skrupułów.
- Czas dla nas nie ma żadnego znaczenia, to na zawsze przecież. Do Rosiera? Możesz. Słyszałam, że trudno się dostać bez czekania tygodniami, a na jesień powinnam zadbać o nowe stroje.-wzruszyła delikatnie ramionami, nie przenosząc z twarzy ciemnowłosej czarownicy wzroku. Zawsze starała się wyglądać elegancko i schludnie, chociaż skromnie. Praca w Ministerstwie i te zakichane obowiązki towarzyskie, które miała za Williama, zmuszały ją do dbania o detale. Była bardzo oszczędna, ojciec też zostawiał jej pieniądze na dbanie o rodzinną posiadłość, z których odkładała kilka złotych monet w miesiącu. - Ty i Twoja koszula będziecie moją inspiracją. - stwierdziła zgodnie z prawdą, bo wyglądała naprawdę pięknie. Może czas sukienek i spódnic przemijał, a silne i niezależne kobiety miały nosić spodnie. Nie było nic głupiego w potrzebie poczucia się piękną, każda tego potrzebowała, niezależnie jak mocno wmawiała sobie, że jest inaczej. Niestety, kobiety wpadały łatwo w ten depresyjny wir niedowartościowania, na co składało się wiele czynników. I nawet Cynthia, która swoim mało romantycznym umysłem umiała sobie to wszystko logicznie wytłumaczyć i znaleźć setki argumentów świadczących o tym, że to przeczucie jest mylne, czasem w to wpadała. Oczywiście mniej, odkąd się kontrolowała w pełni. Umiejętność regulacji hormonalnej była doprawdy, wygoda.
Nie mogła na razie zrobić więcej, poza tą odrobiną ciepła. Uśmiechnęła się lekko na jej relacje oraz słowa, wzdychając. - Pracuje nad tym, postaram się znaleźć rozwiązanie, jak najszybciej i pozbyć się tego, co masz na źródle. Czy ja chcę wiedzieć, dlaczego akurat smoczy ogień..? -zapewniła ją, czując falę motywacji i chęci do działania, jeśli pozbycie się chłodu mogło sprawić, że Tori będzie trochę szczęśliwsza. A pierścionek mogła sobie kupić sama.
"Wierzę."
Miała rozsądne argumenty, a jednak Cynthii trudno było przekonać się do czegoś, co nie było poparte jakimiś raportami, faktami lub badaniami. Brzmiało to niesamowicie jak to magia, ale.. Zwilżyła wargi, sięgając myślami do Limbo, miejsca, gdzie sama planowała się dostać, chociaż w innych okolicznościach, niż Lestrange. Nie zamierzała jej jednak kwestionować lub z niej szydzić, skoro wierzyła. Wyraz jej oczu mówił blondynce wszystko, więc jedynie przesunęła palcami po jej dłoni, wciąż przesyłając ciepło, przytakując.
Gdy chwile później tkwiły na krzesłach, podjadając i popijając, skupiona była na słowach Tori. Książę Ciemności, szanowny Pan wampir, któremu najwidoczniej pewne styki odmawiały posłuszeństwa — być może z głodu, być może, że starości, być może dziczał, ale mogło to być kwestia ewentualnej przynależności. Odłożyła widelec, popijając. Rozmowa była jakimś plusem, ale widziała, że dla Victorii to było zbyt mało.
-Tęsknisz za nim. - skwitowała po chwili milczenia, patrząc na kwiatka, nie mogąc powstrzymać krótkiego, rozbawionego uśmiechu pod nosem. Ten sam, który z Rookwoodem się jej skojarzył. Człowiek się szybko przyzwyczajał, jeśli pozwolił sobie wyjść ze strefy komfortu. Ulegał, szukał bliskości i poczucia, że ta wybrana osoba jest obok, nawet jeśli miałoby to być tylko milczenie. Miło z jego strony, że się łaskawie pofatygował z obrazami, ale tego już nie skomentowała. Wciąż była na niego trochę zła, ale ucieczka, gdy pojawiało się jakieś zaangażowanie, była chyba znakiem rozpoznawczym praktycznie całej męskiej populacji. To był moment, gdy się bali. Ściągnęła brwi, słuchając o jego zachowaniu po zdjęciu klątwy, a gdy doszło do inspiracji oraz muzy, prychnęła, kręcąc głową. - A to złotousty poeta. Pewnie się wystraszył, że mu zależy. Wiesz, jest wampirem. Nie da Ci rzeczy, których kobieta oczekuje i pewnie w tym małym swoim móżdżku uznał, że to najlepszy sposób, żeby Cię chronić. Przed sobą i przed nim. Tak bym obstawiała, ale Ty go znasz najlepiej.
Odpowiedziała, chcąc powiedzieć coś więcej, niż krótkie stwierdzenia. Oswoił ją, przyzwyczaił do siebie i potem zgłupiał. Nie chciała, aby historia, w której zaczęło jej zależeć, tak się skończyła. Znała Tori na tyle, aby wiedzieć, jak poważne z jej strony są takie zachowania. Owszem, przelotne miłostki i randki się zdarzały, byli chłopcy, którzy się jej zwyczajnie podobali, ale mało kiedy angażowała się tak dalece, jak z Rookwoodem. On chciał sobie tkwić w czymś nienazwanym, bezpiecznej, szarej strefie. A ona chciała konkretów — miała do nich pełne prawo. Gdy wspomniała o tej próbie samobójczej, złapała za kieliszek i opróżniła go, dolewając im zaraz alkoholu. No to poleciał dramatem, rozwiązanie dla tchórzy. Nie radzę sobie, ciężko mi — pewnie, spalę się, bo tak będzie najlepiej dla świata. Pieprzony egoista. Tego jednak też nie miała serca jej mówić.
- Na pewno miał swoje powody, potwory, które go do tego zmusiły. Cokolwiek myślę o Saurielu, wiem tyle, że zrobił ,co uważał za najlepsze jego zdaniem — żeby Cię ochronić. Wiesz, żyjemy w trudnych czasach. Oczekiwania, presja i starcia między konserwatywnym myśleniem a współczesnością, są coraz mocniejsze. Zamierzasz to tak zostawić, odpuścić? Czy jest dla Ciebie na tyle ważny, żeby o niego walczyć? Wiesz no, trochę Ci to zajmie, bo nie oczekiwałabym jakieś wielkiej błyskotliwości, ale..
Dokończyła pół żartem, pół serio, puszczając jej oczko — chyba po to, żeby trochę rozładować presję, którą wprowadził ten temat samobójstwa, ten szary nastrój. Wino rozchodziło się falami ciepła po ciele Flint, zostawiając na skórze gęsią skórkę, sprawiając, że zaczynała trochę się relaksować, chociaż nadal w pełni uważała, na to, co robiła lub mówiła. Taki nawyk, bo przecież wiedziała, że przy Tori może być sobą.
Na słowa o zimnych, ściągnęła brwi. Prychnęła, kręcąc głową.
- Nie sugeruj się opinią jednego nekromanty, którego zdolności i pochodzenia nie znasz. Owszem, macie — jak nazywam to roboczo — pocałunek dementora na źródle, ale tworzy on iluzje, która średnio wpływa na samo funkcjonowanie organizmu. Powinnam dostać informacje od znajomej z Nowego Orleanu w najbliższym czasie, napisałam też do Cathala — jeśli coś takiego miało wcześniej miejsce, to on będzie o tym wiedział. I pracuje nad rytuałem. I nad tym wszystkim. Nie pozwolę, żebyś umarła. A zaufaj mi, znam się na tym, żeby utrzymać kogoś przy życiu. Przyniosłam Ci też eliksir zmiany temperatury ciała. - przerwała swój monolog, nie chcąc, żeby zaczęła w to wszystko wierzyć. Takie myślenie ściąga złe rzeczy. Złapała za rzuconą na blat stołu torebkę, wyjmując z niej duży flakon z eliksirem, do którego na rzemyku była przeczepiona instrukcja z zastosowaniem. Wstała, wsuwając go w dłonie przyjaciółki, które ostatecznie objęła, kucając przed nią. Niewiele osób wiedziało, że Cynthia umie w ogóle nekromancję, a nikt już chyba nie zdawał sobie sprawy, jak dobra w tym była i jak wiele poświęciła, aby osiągnąć sukces. - Hej, Victoria. Nie pozwolę, żeby coś Ci się stało, rozumiesz? Nawet jeśli miałabym iść do Limbo i wyjąć stamtąd dementora, żeby przygotować odtrutkę. Znajdę sposób. Nie tylko ja nad tym pracuje. I żadne trzy miesiące życia, nie dam Ci zginąć. Przestań gadać takie głupoty.
Mówiła cicho i dość poważnie, widocznie przejęta, tracąc na kilka chwil swoją doskonałą koncentrację i panowanie nad sobą. Nie mogłaby pozwolić, żeby coś się stało jej przyjaciółce, siostrze. Kochała ją, zrobiłaby dla niej wszystko, nawet jeśli miałaby oddać jej własne siły witalne i podmienić pewne rzeczy za pomocą zakazanych technik nekromancyjnych, zrobiłaby to. Wstając, nachyliła się, muskając jej czoło, raz jeszcze ściskając jej dłonie. Nie była może tak zdolną czarownicą, jak Tori, ale była w pewnych dziedzinach naprawdę pewna siebie, cały czas szlifując umiejętności. Poza nią, była oczywiście kwestia Lou, Atreusa i Theona. Przesunęła palcami po szyi, odgarniając do tyłu włosy i podeszła do okna. Nie bała się wyzwań, nie bała się działania pod presją, ale jakakolwiek perspektywa utraty Lestrange była w pewien sposób paraliżująca. Straszna. Przymknęła oczy, skupiając się na własnym organizmie, musiała doprowadzić się do porządku, wyrównać tafle. Nie mogła pokazać niepewności lub żadnej obawy. Skrzyżowała ręce pod biustem, odwracając się przodem do niej i opierając o parapet. Jeśli faktycznie te wszystkie zmiany były spowodowane strachem przed śmiercią, to musiała z tym skończyć. Bo zwariuje. Każdy, kogo prześladowało widmo śmierci, a kto się jej bał i nie był z nią pogodzony, wariował.
- Przeznaczenie nie może być Panem Twojego losu, bo po co byłaby Ci wolna wola, skoro wszystko byłoby już dla Ciebie ustalone..?- zapytała cicho, wlepiając w nią intensywnie błękitne tęczówki. Nie umiała pozwolić sobie na takie lekkomyślne myślenie, oznaczało to utratę kontroli. - Nie zrozum mnie źle, wierzę w to, że w to wierzysz. I że wszystkie Twoje doświadczenia utwierdzają Cię w przekonaniu o prawdziwości magii sabatu. - dodała, nie zamierzając się z niej naśmiewać lub szydzić. Bardzo szanowała jej opinie, wierzyła w jej prawdziwość, nawet jeśli nie próbowała jej pojąć. Na jej pytanie westchnęła, przesuwając palcami po swoich ramionach. - Z Lovainem? Nie. Nie było na to czasu? No i on nie bardzo chciał o tym słyszeć, jak wspomniałam o zerwaniu więzi. Wierzy w to. - odpowiedziała ciszej, przypominając sobie ich dość burzliwą rozmowę, na której przebieg wciąż była trochę zła, chociaż nie miała w naturze rozpamiętywania czegoś długo.
Według społeczeństwa to już powinny mieć przynajmniej po jednym dziecku, dobrze stojącego finansowo i towarzysko męża, a także piękny dom. Spełniać się w roli matek i pań domu, tylko Cyna śmiała twierdzić, że obydwie były stworzone do czegoś więcej. Rola krowy na targu, którą rodzic musiał, jak najlepiej sprzedać była im teoretycznie pisana, ale czy w praktyce, świat się nie rozwijał i nie uwspółcześniał? Czy tak źle było wychodzić z narzuconego schematu, aby skupić się na sobie samym? Pewnie tak. Były jednak na tyle dobrze wychowane, na tyle przywiązane do swoich rodzin, że żadna nie umiała do końca się odciąć od tego pomysłu. Przekładały to, zwlekały, a ostatnie wydarzenia w życiu Tori pewnie sprawiły, że wcale już tego nie chciała. Bardziej przydałby się jej stabilny emocjonalnie partner niż zakupy na wesele i wyprawkę. Przeniosła na nią łagodne, czułe wręcz spojrzenie. Ufała jej całą sobą, powierzyłaby jej wszystko i nie było rzeczy, której by Flint nie zrobiła dla bezpieczeństwa swojej przyjaciółki, nawet jeśli miałoby to wykraczać poza przyzwoitość i sumienie. Nie miałaby skrupułów.
- Czas dla nas nie ma żadnego znaczenia, to na zawsze przecież. Do Rosiera? Możesz. Słyszałam, że trudno się dostać bez czekania tygodniami, a na jesień powinnam zadbać o nowe stroje.-wzruszyła delikatnie ramionami, nie przenosząc z twarzy ciemnowłosej czarownicy wzroku. Zawsze starała się wyglądać elegancko i schludnie, chociaż skromnie. Praca w Ministerstwie i te zakichane obowiązki towarzyskie, które miała za Williama, zmuszały ją do dbania o detale. Była bardzo oszczędna, ojciec też zostawiał jej pieniądze na dbanie o rodzinną posiadłość, z których odkładała kilka złotych monet w miesiącu. - Ty i Twoja koszula będziecie moją inspiracją. - stwierdziła zgodnie z prawdą, bo wyglądała naprawdę pięknie. Może czas sukienek i spódnic przemijał, a silne i niezależne kobiety miały nosić spodnie. Nie było nic głupiego w potrzebie poczucia się piękną, każda tego potrzebowała, niezależnie jak mocno wmawiała sobie, że jest inaczej. Niestety, kobiety wpadały łatwo w ten depresyjny wir niedowartościowania, na co składało się wiele czynników. I nawet Cynthia, która swoim mało romantycznym umysłem umiała sobie to wszystko logicznie wytłumaczyć i znaleźć setki argumentów świadczących o tym, że to przeczucie jest mylne, czasem w to wpadała. Oczywiście mniej, odkąd się kontrolowała w pełni. Umiejętność regulacji hormonalnej była doprawdy, wygoda.
Nie mogła na razie zrobić więcej, poza tą odrobiną ciepła. Uśmiechnęła się lekko na jej relacje oraz słowa, wzdychając. - Pracuje nad tym, postaram się znaleźć rozwiązanie, jak najszybciej i pozbyć się tego, co masz na źródle. Czy ja chcę wiedzieć, dlaczego akurat smoczy ogień..? -zapewniła ją, czując falę motywacji i chęci do działania, jeśli pozbycie się chłodu mogło sprawić, że Tori będzie trochę szczęśliwsza. A pierścionek mogła sobie kupić sama.
"Wierzę."
Miała rozsądne argumenty, a jednak Cynthii trudno było przekonać się do czegoś, co nie było poparte jakimiś raportami, faktami lub badaniami. Brzmiało to niesamowicie jak to magia, ale.. Zwilżyła wargi, sięgając myślami do Limbo, miejsca, gdzie sama planowała się dostać, chociaż w innych okolicznościach, niż Lestrange. Nie zamierzała jej jednak kwestionować lub z niej szydzić, skoro wierzyła. Wyraz jej oczu mówił blondynce wszystko, więc jedynie przesunęła palcami po jej dłoni, wciąż przesyłając ciepło, przytakując.
Gdy chwile później tkwiły na krzesłach, podjadając i popijając, skupiona była na słowach Tori. Książę Ciemności, szanowny Pan wampir, któremu najwidoczniej pewne styki odmawiały posłuszeństwa — być może z głodu, być może, że starości, być może dziczał, ale mogło to być kwestia ewentualnej przynależności. Odłożyła widelec, popijając. Rozmowa była jakimś plusem, ale widziała, że dla Victorii to było zbyt mało.
-Tęsknisz za nim. - skwitowała po chwili milczenia, patrząc na kwiatka, nie mogąc powstrzymać krótkiego, rozbawionego uśmiechu pod nosem. Ten sam, który z Rookwoodem się jej skojarzył. Człowiek się szybko przyzwyczajał, jeśli pozwolił sobie wyjść ze strefy komfortu. Ulegał, szukał bliskości i poczucia, że ta wybrana osoba jest obok, nawet jeśli miałoby to być tylko milczenie. Miło z jego strony, że się łaskawie pofatygował z obrazami, ale tego już nie skomentowała. Wciąż była na niego trochę zła, ale ucieczka, gdy pojawiało się jakieś zaangażowanie, była chyba znakiem rozpoznawczym praktycznie całej męskiej populacji. To był moment, gdy się bali. Ściągnęła brwi, słuchając o jego zachowaniu po zdjęciu klątwy, a gdy doszło do inspiracji oraz muzy, prychnęła, kręcąc głową. - A to złotousty poeta. Pewnie się wystraszył, że mu zależy. Wiesz, jest wampirem. Nie da Ci rzeczy, których kobieta oczekuje i pewnie w tym małym swoim móżdżku uznał, że to najlepszy sposób, żeby Cię chronić. Przed sobą i przed nim. Tak bym obstawiała, ale Ty go znasz najlepiej.
Odpowiedziała, chcąc powiedzieć coś więcej, niż krótkie stwierdzenia. Oswoił ją, przyzwyczaił do siebie i potem zgłupiał. Nie chciała, aby historia, w której zaczęło jej zależeć, tak się skończyła. Znała Tori na tyle, aby wiedzieć, jak poważne z jej strony są takie zachowania. Owszem, przelotne miłostki i randki się zdarzały, byli chłopcy, którzy się jej zwyczajnie podobali, ale mało kiedy angażowała się tak dalece, jak z Rookwoodem. On chciał sobie tkwić w czymś nienazwanym, bezpiecznej, szarej strefie. A ona chciała konkretów — miała do nich pełne prawo. Gdy wspomniała o tej próbie samobójczej, złapała za kieliszek i opróżniła go, dolewając im zaraz alkoholu. No to poleciał dramatem, rozwiązanie dla tchórzy. Nie radzę sobie, ciężko mi — pewnie, spalę się, bo tak będzie najlepiej dla świata. Pieprzony egoista. Tego jednak też nie miała serca jej mówić.
- Na pewno miał swoje powody, potwory, które go do tego zmusiły. Cokolwiek myślę o Saurielu, wiem tyle, że zrobił ,co uważał za najlepsze jego zdaniem — żeby Cię ochronić. Wiesz, żyjemy w trudnych czasach. Oczekiwania, presja i starcia między konserwatywnym myśleniem a współczesnością, są coraz mocniejsze. Zamierzasz to tak zostawić, odpuścić? Czy jest dla Ciebie na tyle ważny, żeby o niego walczyć? Wiesz no, trochę Ci to zajmie, bo nie oczekiwałabym jakieś wielkiej błyskotliwości, ale..
Dokończyła pół żartem, pół serio, puszczając jej oczko — chyba po to, żeby trochę rozładować presję, którą wprowadził ten temat samobójstwa, ten szary nastrój. Wino rozchodziło się falami ciepła po ciele Flint, zostawiając na skórze gęsią skórkę, sprawiając, że zaczynała trochę się relaksować, chociaż nadal w pełni uważała, na to, co robiła lub mówiła. Taki nawyk, bo przecież wiedziała, że przy Tori może być sobą.
Na słowa o zimnych, ściągnęła brwi. Prychnęła, kręcąc głową.
- Nie sugeruj się opinią jednego nekromanty, którego zdolności i pochodzenia nie znasz. Owszem, macie — jak nazywam to roboczo — pocałunek dementora na źródle, ale tworzy on iluzje, która średnio wpływa na samo funkcjonowanie organizmu. Powinnam dostać informacje od znajomej z Nowego Orleanu w najbliższym czasie, napisałam też do Cathala — jeśli coś takiego miało wcześniej miejsce, to on będzie o tym wiedział. I pracuje nad rytuałem. I nad tym wszystkim. Nie pozwolę, żebyś umarła. A zaufaj mi, znam się na tym, żeby utrzymać kogoś przy życiu. Przyniosłam Ci też eliksir zmiany temperatury ciała. - przerwała swój monolog, nie chcąc, żeby zaczęła w to wszystko wierzyć. Takie myślenie ściąga złe rzeczy. Złapała za rzuconą na blat stołu torebkę, wyjmując z niej duży flakon z eliksirem, do którego na rzemyku była przeczepiona instrukcja z zastosowaniem. Wstała, wsuwając go w dłonie przyjaciółki, które ostatecznie objęła, kucając przed nią. Niewiele osób wiedziało, że Cynthia umie w ogóle nekromancję, a nikt już chyba nie zdawał sobie sprawy, jak dobra w tym była i jak wiele poświęciła, aby osiągnąć sukces. - Hej, Victoria. Nie pozwolę, żeby coś Ci się stało, rozumiesz? Nawet jeśli miałabym iść do Limbo i wyjąć stamtąd dementora, żeby przygotować odtrutkę. Znajdę sposób. Nie tylko ja nad tym pracuje. I żadne trzy miesiące życia, nie dam Ci zginąć. Przestań gadać takie głupoty.
Mówiła cicho i dość poważnie, widocznie przejęta, tracąc na kilka chwil swoją doskonałą koncentrację i panowanie nad sobą. Nie mogłaby pozwolić, żeby coś się stało jej przyjaciółce, siostrze. Kochała ją, zrobiłaby dla niej wszystko, nawet jeśli miałaby oddać jej własne siły witalne i podmienić pewne rzeczy za pomocą zakazanych technik nekromancyjnych, zrobiłaby to. Wstając, nachyliła się, muskając jej czoło, raz jeszcze ściskając jej dłonie. Nie była może tak zdolną czarownicą, jak Tori, ale była w pewnych dziedzinach naprawdę pewna siebie, cały czas szlifując umiejętności. Poza nią, była oczywiście kwestia Lou, Atreusa i Theona. Przesunęła palcami po szyi, odgarniając do tyłu włosy i podeszła do okna. Nie bała się wyzwań, nie bała się działania pod presją, ale jakakolwiek perspektywa utraty Lestrange była w pewien sposób paraliżująca. Straszna. Przymknęła oczy, skupiając się na własnym organizmie, musiała doprowadzić się do porządku, wyrównać tafle. Nie mogła pokazać niepewności lub żadnej obawy. Skrzyżowała ręce pod biustem, odwracając się przodem do niej i opierając o parapet. Jeśli faktycznie te wszystkie zmiany były spowodowane strachem przed śmiercią, to musiała z tym skończyć. Bo zwariuje. Każdy, kogo prześladowało widmo śmierci, a kto się jej bał i nie był z nią pogodzony, wariował.
- Przeznaczenie nie może być Panem Twojego losu, bo po co byłaby Ci wolna wola, skoro wszystko byłoby już dla Ciebie ustalone..?- zapytała cicho, wlepiając w nią intensywnie błękitne tęczówki. Nie umiała pozwolić sobie na takie lekkomyślne myślenie, oznaczało to utratę kontroli. - Nie zrozum mnie źle, wierzę w to, że w to wierzysz. I że wszystkie Twoje doświadczenia utwierdzają Cię w przekonaniu o prawdziwości magii sabatu. - dodała, nie zamierzając się z niej naśmiewać lub szydzić. Bardzo szanowała jej opinie, wierzyła w jej prawdziwość, nawet jeśli nie próbowała jej pojąć. Na jej pytanie westchnęła, przesuwając palcami po swoich ramionach. - Z Lovainem? Nie. Nie było na to czasu? No i on nie bardzo chciał o tym słyszeć, jak wspomniałam o zerwaniu więzi. Wierzy w to. - odpowiedziała ciszej, przypominając sobie ich dość burzliwą rozmowę, na której przebieg wciąż była trochę zła, chociaż nie miała w naturze rozpamiętywania czegoś długo.