14.03.2024, 01:50 ✶
– Nie próbowałeś na mnie. Na prawdziwym – zatrzymała się, niepewnie tańcząc na ostatniej głosce – grzeszniku.
Udawała, że nie patrzy na odsłonioną skórę, na rany i blizny, którymi się przed nią obnażał; ciężkie powieki Diany mogłyby ułożyć się w dwie zamknięte łezki, niby to skarcone widokiem niegodnym kobiecych źrenic, mogłyby również przylepić się do jego sylwetki, odpowiednią krzywizną okazać współczucie i troskę.
Ale z płycizny własnej duszy nie była w stanie wycisnąć nic.
Żadne fałszywe przykro mi, żadne rozkołysane rozumiem.
Przesunęła oceniającym spojrzeniem wzdłuż jego sylwetki, od spodów stóp po sam czubek głowy, zwieńczony koroną złotych kosmyków. Nie pojmowała do końca co pod tą kopułą się roiło – był świrem, to już od dawna wiedziała. A świry nosili brzemię, którego ciężar wbijający się w mięśnie znała zbyt dobrze.
– Dlaczego nie chcesz sprawić mi bólu?
Oprószona cieniem zainteresowania, zapytała, zaciągając się dymną trucizną własnego papierosa.
Ach, ale cóż mógł odpowiedzieć? Słowa, słowa i słowa; płytkie kałuże stwierdzeń rozlane kaskadą dźwięków, słowa jak kruche maski noszone przez rzeczywistość, miraże kłamstw; wypaczenia. Nie ufała pochodom zdań uchodzącym spomiędzy wyrwy brzegów warg, nie wierzyła w żadne z zapewnień, nie wierzyła, bo taką ją wyżłobiła korozja życia, na modłę innowiercy religii niczego. A co z własnymi prawdami? Prawdami, których nie chciała przed nim obecnie przyznać, prawdami wstydliwymi, niewyrzuconymi w głoskach, skrywającymi się za szlachetną, pozorną esencją duszy, zbliżeniem kręgów emocji płonących w naczyniach ciał. Czemu się tu znaleźli? Czego naprawdę od niej chciał?
Deszcz za oknem padał niemal pionowo niczym strzały. Tysiące maleńkich, niewidocznych niemal bełtów, podczas gdy wewnątrz serca tylko dwa. Wciąż mimo wszystko, choć skruszone, wyblakłe, to bezwzględnie bijące i żywe. Chciała czuć na sobie rozpalony wściekłością dotyk Jima, pozbawione prawdy pocałunki, najczulsze swe wnętrze pomiędzy drobnymi udami, drżące i poddane, zasklepione cieśnią pozornej bliskości, wyścielone zmyślnym zwodzeniem, palące i zwyczajowo wobec niej samej bezwzględnie – zgubne.
– A dlaczego nie? Przecież włada mną demon, którym gardzisz i potępiasz.
Wdychała ciężkie smugi dymu głęboko i pożądliwie, jak gdyby ulatujące pod sufit chmury miały wszystkie obrazy jej plugawej wyobraźni zabrać ze sobą i pochłonąć.
– W twoich oczach, na samym ich dnie widzę nic innego, jak żywe, palące pragnienie, któremu odmawiasz wbrew sobie. Chcę dziś spłonąć i zasnąć w twoich ramionach, Jim.
Udawała, że nie patrzy na odsłonioną skórę, na rany i blizny, którymi się przed nią obnażał; ciężkie powieki Diany mogłyby ułożyć się w dwie zamknięte łezki, niby to skarcone widokiem niegodnym kobiecych źrenic, mogłyby również przylepić się do jego sylwetki, odpowiednią krzywizną okazać współczucie i troskę.
Ale z płycizny własnej duszy nie była w stanie wycisnąć nic.
Żadne fałszywe przykro mi, żadne rozkołysane rozumiem.
Przesunęła oceniającym spojrzeniem wzdłuż jego sylwetki, od spodów stóp po sam czubek głowy, zwieńczony koroną złotych kosmyków. Nie pojmowała do końca co pod tą kopułą się roiło – był świrem, to już od dawna wiedziała. A świry nosili brzemię, którego ciężar wbijający się w mięśnie znała zbyt dobrze.
– Dlaczego nie chcesz sprawić mi bólu?
Oprószona cieniem zainteresowania, zapytała, zaciągając się dymną trucizną własnego papierosa.
Ach, ale cóż mógł odpowiedzieć? Słowa, słowa i słowa; płytkie kałuże stwierdzeń rozlane kaskadą dźwięków, słowa jak kruche maski noszone przez rzeczywistość, miraże kłamstw; wypaczenia. Nie ufała pochodom zdań uchodzącym spomiędzy wyrwy brzegów warg, nie wierzyła w żadne z zapewnień, nie wierzyła, bo taką ją wyżłobiła korozja życia, na modłę innowiercy religii niczego. A co z własnymi prawdami? Prawdami, których nie chciała przed nim obecnie przyznać, prawdami wstydliwymi, niewyrzuconymi w głoskach, skrywającymi się za szlachetną, pozorną esencją duszy, zbliżeniem kręgów emocji płonących w naczyniach ciał. Czemu się tu znaleźli? Czego naprawdę od niej chciał?
Deszcz za oknem padał niemal pionowo niczym strzały. Tysiące maleńkich, niewidocznych niemal bełtów, podczas gdy wewnątrz serca tylko dwa. Wciąż mimo wszystko, choć skruszone, wyblakłe, to bezwzględnie bijące i żywe. Chciała czuć na sobie rozpalony wściekłością dotyk Jima, pozbawione prawdy pocałunki, najczulsze swe wnętrze pomiędzy drobnymi udami, drżące i poddane, zasklepione cieśnią pozornej bliskości, wyścielone zmyślnym zwodzeniem, palące i zwyczajowo wobec niej samej bezwzględnie – zgubne.
– A dlaczego nie? Przecież włada mną demon, którym gardzisz i potępiasz.
Wdychała ciężkie smugi dymu głęboko i pożądliwie, jak gdyby ulatujące pod sufit chmury miały wszystkie obrazy jej plugawej wyobraźni zabrać ze sobą i pochłonąć.
– W twoich oczach, na samym ich dnie widzę nic innego, jak żywe, palące pragnienie, któremu odmawiasz wbrew sobie. Chcę dziś spłonąć i zasnąć w twoich ramionach, Jim.
Chwasty trzeba wyrywać.