- Nie wiem o czym mówisz, McKinnon. – nadal rozbawiony, zareagował na jej słowa. Na to, że o tym zdarzeniu sprzed chwili nikomu nie powie. Tylko o jakim zdarzeniu ona teraz mówiła? Przecież nic takiego nie miało miejsca. Nie zdarzyło się. Po prostu szli, we dwoje, wzdłuż tej cholernej plaży. Spacerkiem. Theon dałby sobie w tym momencie rękę odciąć za to, że przecież wcale tutaj nie biegali. Bo przecież by o tym tak po prostu nie zapomniał.
Pozwolił, żeby szła przodem; żeby była o te dwa, może trzy kroki przed nim. Pierwsza dotarła na molo. Po prostu ją obserwował. Może też przy okazji o czymś myślał? Nawet jeśli, to nie miała czasu się tym zainteresować. Dotarła do celu i pozwoliła na to, żeby porwał ją syreni śpiew. Wołanie? On zaś nie od razu zorientował się w tym, że coś było nie tak.
- Tam zaraz się coś pod Tobą załamie, ale jak uważasz! – odkrzyknął, wciąż nieprzekonany odnośnie tego, czy te molo nadawało się aby na nie wejść. To było bezpieczne? Dla niego, z wolna zbliżającego się do tej drewnianej konstrukcji, prezentowało się raczej kiepsko. Mało stabilnie?
Może gdyby więcej uwagi poświęcił blondynce, w porę zorientowałby się w tym, że coś jest nie tak. I że to nie drewniane, nadgryzione przez czas molo, stanowi w tym przypadku prawdziwe zagrożenie. Zamiast tego, stojąc wciąż na brzegu, sprawdzał jeden z drewnianych pali. Naciskał na mało stabilny element konstrukcji, mamrocząc pod nosem coś o tym, że ktoś powinien coś z tym zrobić. Albo zabezpieczyć, albo się tego cholerstwa pozbyć.
Kiedy zaś uznał, że może jednak na to cholerstwo wejść, i że – być może – się ono pod jego ciężarem nie zarwie, to Ambrosii już nie było. A przynajmniej nie było jej tam, gdzie widział ją jeszcze tych kilka chwil wcześniej. Wyrzucił z siebie jakieś niewyraźne, niezrozumiałe przekleństwo. Było to trochę jakby déjà vu. Bo w innym miejscu, kilka tygodni wcześniej, inna kobieta…
Nie namyślał się długo, rzucając się w stronę tego miejsca, gdzie tafla wody była mniej spokojna. Gdzie zdawało się coś pod nią niknąć. Znikać? Nie tracił czasu na dobycie różdżki. Nie była mu potrzebna, choć też nie było to czymś z czym zwykł się jakoś bardziej obnosić. Pewne rzeczy warto było bowiem zachować tylko dla samego siebie.
I może nawet by zdążył, gdyby nie to, że jedna z desek nie utrzymała jego ciężaru, załamała się, ledwie zrobił tych kilka kroków do przodu. Ograniczyło to jego możliwości. Zabrało też cenny czas. Tak bardzo teraz im potrzebny. Bo przecież w takich chwilach ciężko było myśleć jasno. Niełatwo było podjąć tę właściwą decyzję. Najlepszą możliwą.
Wreszcie uwolnił nogę i mimo lekkiego bólu, który na skutek tego drobnego wypadku zdawał się odczuwać, po prostu rzucił się do wody. Instynktownie. Nie zastanawiając się na tym czy było to rozwiązanie dobre. Bezpieczne dla niego? Nawet nie myśląc o tym, że gdyby coś poszło nie tak, ta cholerna syrena miałaby dwie ofiary zamiast jednej.
I chyba, tak dla odmiany, tym razem los nie chciał mu robić pod górkę. Wszystkiego utrudniać. Bo choć trwało to dłużej niż zakładał, zdołał się do niej dostać. Dał radę nawet pochwycić ją za rękę. Pociągnąć w swoją stronę. Wyciągnąć na powierzchnie.
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Sukces!