Postawmy w tym miejscu na odrobinę szczerości. Prawdziwej. Robert Mulciber był kimś, kto zwykł na temat innych zakładać czasami zbyt wiele. W oparciu o uzyskane dane, informacje, tworzył na własne potrzeby obraz drugiej osoby. A że informacje te nie zawsze były kompletne, ewentualnie aktualne, to i ten obraz niekoniecznie okazywał się być zgodny z rzeczywistością. Czy coś takiego miało miejsce w przypadku znacznie młodszego kuzyna? Całkiem możliwe, że wciąż widział w nim tego gówniarza, który ledwie co opuścił mury Hogwartu. Tylko czy aby na pewno było to przekonanie błędne? Wszak zmiana statusu, zmiana pozycji zajmowanej wewnątrz rodziny, nie szła przecież w parze z tym, iż Alexander stał się wreszcie dorosłym człowiekiem, biorącym faktyczną odpowiedzialność za każde swoje działanie, każdy jeden gest, a także każde wypowiedziane słowo. Nie mówiąc już nawet o tym, że niekoniecznie czyniło to z niego faktyczną głowę rodziny - odpowiedzialną przecież za innych ludzi. Tych bliskich, ale też i nieco dalszych krewnych. Nie jest to jednak temat, który Robert planował w tym przypadku poruszyć, o który chciałby zahaczyć podczas tego spotkania. Stanowiłby bowiem dla niego wyłącznie stratę czasu. czasu, który był przecież na takie bzdury zbyt cenny.
Szydercze pytanie, zadane przez krewniaka, nie mogło nie wywołać reakcji. Robert nie był w stanie ukryć tego, że te konkretne słowa miały na niego wpływ. Niepokój? Ten przez moment gościł na jego obliczu. Nadto wyraźny, nie dość szybko zepchnięty do środka. Pod powierzchnie. Nie mógł dać się sprowokować. Nie mógł pozwolić na to, żeby cokolwiek wytrąciło go z równowagi. I nawet nie chodziło tutaj o samą zdradę. O tę kare, która została mu już przecież wymierzona. To sięgało znacznie dalej. Dużo głębiej. Miał bowiem podstawy do tego, aby obawiać się dalszych konsekwencji swoich wcześniejszych działań. Swojej zdrady? Sam był cholernie daleki od tego, aby określać to w ten sposób. Tylko jakie to miało znaczenie? Wieść o tym, że nie cieszył się dobrą opinią... ostrzeżenie dotyczące wrogów, których mógł posiadać wewnątrz organizacji... to budziło obawy. Na ile jednak były to obawy zasadne, na ile zaś karmiona przez innych paranoja? Paranoja narastająca z każdym kolejnym sygnałem tego typu? Ciężko było ocenić to w sposób jednoznaczny.
Nie zareagował. Nie od razu. Nie z marszu. Ostatnie 10 dni, obfitowały w zbyt wiele informacji dających do myślenia. Wywołujących mętlik w głowie. Najprawdziwszy chaos. Jedynie to spojrzenie. Chłodne. Jakby ostrzegawcze? Wrogie? Dające do zrozumienia, że brnięcie w to dalej nie miało sensu. Zaprowadziło by ich donikąd. A przecież nie taki był cel tego spotkania. Nie po to pisał do Alexandra, prosząc żeby wreszcie znalazł czas. Krążąc po pokoju, starał się uspokoić. Usiłował zapanować nad tym natłokiem myśli, które zaczęły się kłębić w głowie. Podrażniony, zdawał się zjeżyć jeszcze bardziej, kiedy do jego uszu dotarły odgłosy rozdartego papieru. A później całe to cholerne Masz racje. Aż wciągnął powietrze, żeby następnie je wypuścić. Z dość głośnym świstem. Tylko czy było to równoznaczne z tym, że się ogarnął? Uspokoił? Nad sobą zapanował? Niewątpliwie pozwolił mu mówić. Nie przerywał, nie wchodził Niewymownemu w słowo. Możliwe nawet, że słuchał tej nieco przydługiej wypowiedzi, która nie wnosiła do całej sprawy niczego nowego. Żadnego powiewu świeżości.
Oczywiste oczywistości - można było to określić w ten sposób. Aż nadto trafny.
- Dziękuje za wygłoszenie tych mądrości. Nie rozumiem dlaczego nie udało mi się do tej pory wyciągnąć w tej sprawie podobnych wniosków. - nawet jeśli starał się brzmieć jak zawsze, wciąż był na tyle wytrącony z równowagi, że w tonie głosy wybrzmiewało aż nadto wiele emocji. Nie był spokojny. Nie był w pełni opanowany. Nie był tym Robertem, którego najpewniej Alexander znał. Rzecz jasna znał na tyle, na ile tylko znać można krewnego, z którym kontakt miało się od święta. A terminy kolejnych spotkań najczęściej wyznaczało się na czas kalend greckich. Dla niewtajemniczonych, w kalendarzu greckim kalendy nie występowały.
Milczał. Milczał dość długo, starając się znaleźć odpowiednie słowa. Starając się wszystko uporządkować. Zebrać w całość dość chaotyczne myśli. Zanadto ze sobą wymieszane. Wszystko przedłużał, choć tym razem nie było to z jego strony niczym celowym. Stanowiło efekt tych słów, które ledwie kilka chwil temu opuściły usta krewniaka.
- Postawię na szczerość. Zależy nam na tym, żeby uspokoić sytuacje na tyle, żeby możliwym stało się wprowadzenie kogoś z naszej rodziny do Ministerstwa Magii. Obecna sytuacja temu nie sprzyja. A samo nazwisko będzie zapewne wzbudzać wątpliwości. - zamiast od planu, zaczął od potrzeb. Może z tego względu, że konkretnego planu w zasadzie nie posiadał. Każdy, który pojawiał się w jego głowie, zdawał się nietrafiony. Nie był w stanie przekonać Roberta do tego, iż właśnie na takie coś należało postawić. Na takie działania się zdecydować. Sprawa była niestety z tych delikatnych. - Zwłaszcza, że nasze zainteresowania skupiają się wokół Departamentu Przestrzegania Prawa. - doprecyzował. Na cholerę to robił? Nie było to w jego zwyczaju. Nie planował przecież niczego z Alexandrem omawiać szerzej. Niczego mu tłumaczyć. Jeszcze chwila i może zaproponuje mu tutaj kawę, ewentualnie szklankę whisky. I może jeszcze zaserwuje te pyszne, owsiane ciasteczka wykonane rękoma domowej skrzatki. - Nie liczę na to, że wszystko zmieni się już teraz, za jednym machnięciem różdżki, ale od czegoś trzeba zacząć. I nie mam żadnego konkretnego planu. Jedynie pewność, przekonanie, że trzeba się od tego odciąć. Oficjalnie. Stanowczo. Ten jeden raz. Bez przypominania o tym co tydzień, miesiąc, w każdym kolejnym wydaniu Proroka. Nie brałem pod uwagę robienia z tej sprawy kabaretu.
Bo co więcej mogli zrobić? Zaproponować publicznie stworzenie funduszu pomocowego dla ofiar śmierciożerców? Ofiar prześladowań na tle czystości krwi? Z całą pewnością nie wzbudziłoby to żadnych wątpliwości. Nie stanowiłoby w magicznym światku prawdziwej sensacji, gdyby z tego rodzaju projektem do Ministerstwa Magii zwrócił się ktoś o nazwisku Mulciber. Bo przecież ich poglądy były od wielu lat dobrze wszystkim znane. Głośno wyrazili je jeszcze na początku lat 60, opuszczając Departament Tajemnic w celu zaprezentowania swojego braku poparcia dla ministra-szlamy. Raczej mało prawdopodobnym było to, iż coś takiego zostało im już zapomniane.