W Egipcie może i było gorąco, jeśli spojrzeć na termometr, jednak klimat, jaki tam panował, powodował, że wcale się tak tego nie odczuwało – co było zdradliwe, bo słońce jednak prażyło swoją mocą. Brak tej lepkiej wilgoci w powietrzu powodował za to to złudne wrażenie i jednocześnie przyjemność z ciepłoty. Tu w Anglii było na odwrót, powietrze zdawało się być wręcz ciężkie i poza odmiennością kultury, to chyba to było dla Ginny najtrudniejsze, chociaż znosiła to bez skargi. Nie czuła zwodu ani rozczarowania związanego z przyjazdem w tak odmienne miejsce od tego, które dotychczas znała i było jej domem. Nie była tu za karę, to był jej własny wybór, żaden przymus, więc i może podchodziła do tego tak, jak się powinno. Zawsze mogła wrócić do Egiptu, ale póki co było to ostatnie o czym w ogóle myślała.
– Pochlebiasz mi. Ktoś mógłby pomyśleć, że masz w tym jakiś ukryty cel – Laurent, kiedy chciał, potrafił być doprawdy złotousty, doskonale wiedział jak czarować, jak bajerować… A czy działało? Oczywiście. Nie była na to zamknięta, a wręcz przeciwnie, nigdzie nie była pomiędzy nimi postawiona granica, nic z tych rzeczy. Laurent miał jednak rację w tym, że Ginny potrafiła być jednocześnie konkretna, nie wymyślać zbytnio niestworzonych rzeczy (choć wyobraźnię miała niemałą, ostatnio nawet komuś proponowała transmutowanie uszu w rzepę), i pozostać przy tym marzycielką, która lubi wznieść się w obłoki. Bardzo dosłownie, jak i w przenośni.
Ani myślała cofać swoją rękę. Miała chyba zbyt mało wstydu, by przejmować się ewentualnym gadaniem zupełnie obcych dla niej ludzi, zwłaszcza, jeśli Laurentowi to nie przeszkadzało. A co sobie ludzie dopowiedzą… to niech dopowiadają, nie wszystko, co człowiek sobie wymyślił, było prawdą.
– Raz, zupełnym przypadkiem – ptak przysiadł na drzewie w okolicy Uagadou, gdy ona sama latała sobie w swojej formie sokoła. Może dlatego pozwolił jej się zbliżyć na tyle, że zdołała go posłuchać. Potem zerwał się z miejsca i tyle go widzieli. Zostawił po sobie jedno pióro, które ciągle nosiła przy sobie – bo w rdzeniu różdżki, którą później zrobiono dla niej na zamówienie. W Afryce różdżki nie były nazbyt powszechnym narzędziem. – Mam jego pióro w różdżce – dodała z uśmiechem błąkającym się po jej pociągniętych różową szminką ustach, to przywoływało wspomnienia, tak… A na kolejne pytania Laurenta uśmiechnęła się szerzej, jednak zupełnie inaczej. – Nie czekam. Można tak czasami czekać i się nie doczekać, szczęściu potrzeba czasami dopomóc – ten jedyny partner… Szanowała to, że ludzie mieli takie potrzeby, mieć kogoś na wyłączność, sama jednak nie była wcale pewna, czy miałaby dokładnie takie potrzeby, gdyby się w kimś zakochała. Może tak właśnie by było, a może nie. Może sama nie szukałaby nikogo innego, a nie miałaby nic przeciwko, gdyby jej wybranek nie był taki stały, tak długo jak byłaby tym pierwszym wyborem. Nie była pewna, bo większość jej relacji była przelotna, nikomu dotychczas nie udało się sprawić, by ten ptak zechciał zostać gdzieś i przy kimś na dłużej. – Wierzę, że cokolwiek jest mi pisane, to przyjmę to z pokorą – dodała jeszcze i się uśmiechnęła. – A ty? – zapytała niewinnie.
Puściła w końcu ramię Laurenta, wyślizgując swoją dłoń delikatnie, gdy tak patrzyła na tę dziewczynkę.
– Kotka? Nie widzieliśmy chyba żadnego kiciusia – powiedziała spokojnie, przyglądając się dziecku. Obróciła głowę, zerkając w kierunku, który wskazywała mała i wtedy faktycznie dopiero przyszło jej do głowy, że może na dachu… Nie patrzyła na dach, gdy szli, zbyt była zaaferowana rozmową i towarzystwem Laurenta. – Nie martw się, koty są doskonałymi skoczkami i zawsze spadają na cztery łapy. Przewróciłaś się, gdy za nim biegłaś? – ponownie patrzyła na dziewczynkę i jej kolano. – Jestem lekarzem, mogę na to zerknąć… – nie dokończyła, bo dziewczynka wpadła jej w słowo.
– Ja… Tak, przewróciłam – popatrzyła na swoją nogę. – Ale pan Mruczkens! – niemal krzyknęła, patrząc z jakąś taką zaciętością i nadzieją. Ginny tylko westchnęła.
– No dobrze, poszukam go, co? Zostaniesz tutaj, Laurent? – odwróciła się do swojego towarzysza, ani myśląc nawet proponować, by to on gonił za kotem po dachu. Zaraz zresztą wyciągnęła różdżkę z torebki i na ich oczach przemieniła się w piękną kocicę rasy abisyńskiej, gotowa pobiec we wskazanym kierunku i wspiąć się na dach.