13.12.2022, 02:05 ✶
Istniało niewiele osób, którym Moody potrafił zaufać w tak dużym stopniu jak Mavelle, nawet jeżeli ich ostatnie spotkanie było tak gorzkie, jak tylko można to było sobie wyobrazić. Pomiędzy ich dwójką znajdowało się sporo żalu, wiele niedomówień. Wisiała też nad nim świadomość bycia czyimś błędem w życiorysie, ale... Mimo wszystko, kiedy miał ją przed sobą, odnalazł komfort w bystrym spojrzeniu czarownicy. Na tyle duży, aby na moment oprzeć czoło o jej głowę. Tak, jak robił to zawsze. Ale tym razem nie zrobił nic więcej - nie ujął jej twarzy w szorstkie dłonie, nie zaśmiał się, nie zbliżył do niej w żaden inny sposób - po prostu trwał tak tych kilka sekund, zanim go pociągnęła w stronę uciekających ludzi. Szedł za nią nie protestując, w pierwszej chwili biorąc to za logiczne wyjście z tej sytuacji, ale każdy krok z dala od gryzącego dymu, a także każdy krok blisko kogoś, kogo widok go uspokajał - wszystkie stanowiły również kroki w stronę przypomnienia sobie o tym, co działo się wokół niego.
A działo się tu tak wiele. I wciąż był tutaj potrzebny.
- Nie - powiedział nagle, opierając się ramieniem o ścianę budynku. - Tam są jeszcze cywile i Harper. Musimy tam wrócić, ale nie możemy tego wdychać i nie da się tego rozproszyć - kontynuował, próbując uspokoić jeszcze odrobinę drżącą rękę. Dopiero teraz dotarło do niego jak nierozważne było zachowanie jego kuzynki i zamiast się na to zezłościć w jakikolwiek sposób, zdecydował się na wybiegnięcie za nią w samo serce zdarzenia. Potrzebował do tego jedynie kilka głębokich wdechów. Jeden, drugi, trzeci... A potem nastąpił kolejny wybuch. Dym wokół zawalonej kamienicy zaczął się rozrzedzać, ale nie zniknął całkowicie. Z ogarniętej ciemnością ulicy sięgały ich dźwięki rzucanych zaklęć. Moody sięgnął wolną dłonią do krótkiej pelerynki przypiętej do swoich pleców, decydując się na związanie jej wokół swojego nosa.
- Ja muszę - poprawił się nagle, kiedy do niego dotarły ewentualne konsekwencje. Gdzieś pomiędzy wierszami plątały mu się takie słowa jak „dziękuję” i „przepraszam”, ale kompletnie zagłuszone przez panujący wokół chaos ginęły w nim bezpowrotnie. Nie wypowiedział ich więc na głos i wątpił w to, aby je wyczytała z milczenia. Bo to milczenie było przecież gwoździem do trumny ich relacji.
A działo się tu tak wiele. I wciąż był tutaj potrzebny.
- Nie - powiedział nagle, opierając się ramieniem o ścianę budynku. - Tam są jeszcze cywile i Harper. Musimy tam wrócić, ale nie możemy tego wdychać i nie da się tego rozproszyć - kontynuował, próbując uspokoić jeszcze odrobinę drżącą rękę. Dopiero teraz dotarło do niego jak nierozważne było zachowanie jego kuzynki i zamiast się na to zezłościć w jakikolwiek sposób, zdecydował się na wybiegnięcie za nią w samo serce zdarzenia. Potrzebował do tego jedynie kilka głębokich wdechów. Jeden, drugi, trzeci... A potem nastąpił kolejny wybuch. Dym wokół zawalonej kamienicy zaczął się rozrzedzać, ale nie zniknął całkowicie. Z ogarniętej ciemnością ulicy sięgały ich dźwięki rzucanych zaklęć. Moody sięgnął wolną dłonią do krótkiej pelerynki przypiętej do swoich pleców, decydując się na związanie jej wokół swojego nosa.
- Ja muszę - poprawił się nagle, kiedy do niego dotarły ewentualne konsekwencje. Gdzieś pomiędzy wierszami plątały mu się takie słowa jak „dziękuję” i „przepraszam”, ale kompletnie zagłuszone przez panujący wokół chaos ginęły w nim bezpowrotnie. Nie wypowiedział ich więc na głos i wątpił w to, aby je wyczytała z milczenia. Bo to milczenie było przecież gwoździem do trumny ich relacji.
fear is the mind-killer.