Ginny bardzo wątpiła, że odnalazłaby się w tych zimnych krajach, jak Skandynawia, dlatego nawet nie myślała o tym, by się tam wybierać. W celach naukowych i na chwilę… Pewnie chciałaby zobaczyć to i owo, ale na pewno nie na dłużej. Dlatego nie zdziwiłoby ją, że są miejsca, w których Laurent czułby się gorzej, tak jak podejrzewała, że są takie, gdzie czułby się jak najlepiej. Jakie to były? Nie wiedziała. Jakoś ten temat, póki co, się nie przytrafił. To, że dla zabawy i podtrzymania zainteresowania faktycznie łapała za słówka to jedno, ale nie robiła tego, by pokazać drugiej osobie błędy w rozumowaniu, albo jakieś braki. Nie sądziła nawet, że to kwestia tego, że była dla niego takim umysłowym wyzwaniem, stanowiło o tym, że tak się obkopał w mury w czerwcu, a potem na początku lipca. Że go tak swoją osobowością przytłoczyła, że trzeba było się przed nią, błyszczącą i mieniącą się w słońcu, bronić. A wcale nie chciała, by tak było, nie miała powodu, by swoim blaskiem przyćmiewać osobę, stojącą u jej boku, a już zwłaszcza nie taką, która sama miała coś do zaoferowania światu, jak Laurent. Bo gdy zaczynał promienieć, jak kilka dni temu u niej, po śniadaniu, wtedy dopiero zaczynało się dostrzegać to prawdziwe piękno, a nie tylko to powierzchowne.
– Tylko ja? – aż trudno było jej uwierzyć, że tylko ona mogłaby tak pomyśleć, na pewno nie była jedyną osobą, z którą tak się bawił na słówka, tony i gesty, jakby to była jakaś gra. W sumie to chyba jednak była. – No dobrze, masz rację, nie masz żadnego ukrytego celu – bo cel ten był całkowicie nieukryty, a Laurent zwyczajnie bajerował Ginewrę i z nią bardzo otwarcie flirtował, na co ona mu zresztą odpowiadała. – O tak, chciałabym – bo była to melodia prawdziwie poruszająca struny serca i duszy. Feniksy były pięknymi ptakami, ich barwa, usposobienie, to, co potrafiły robić ich łzy, jak silne były – ot, magia w najczystszej postaci. Nie miała pojęcia, że jeden z tych ptaków mieszkał w rezerwacie prowadzonym przez Laurenta. Tym bardziej nie miała pojęcia, że Prewett śpiewał – i to jak. Nie wiedziała, że miał w sobie krew selkie, przecież się jej do tego nie przyznał, więc jeśli czekał, aż ktoś go poprosi o zaśpiewanie, to nawet nie mogła tego zrobić, bo skąd miała wiedzieć?
Podbiegła do budynku, w drodze robiąc wszystkie potrzebne kocie obliczenia, by ostatecznie wybić się z ulicy, odbić od parapetu, murku i ostatecznie podciągnąć na górze, wdrapując się iście po kociemu na dach, gdzie zaczęła się rozglądać za zgubą. I był – siedział sobie jak gdyby nigdy nic na kolejnym parapecie, jakby właśnie był jego czas na relaks. Gin powoli, spokojnie zaczęła człapać w jego stronę, kiedy ten podniósł się i zadowolony z siebie czmychnął w drogę. Wróżbitka pobiegła więc za nim, robiąc zapewne hałas w mieszkaniu znajdującym się bezpośrednio pod dachem, na którym dwa koty urządziły sobie właśnie plac zabaw. Chwilę to trwało – ta gonitwa, skoki, chwila na stop, gdy Guinevere już myślała, że zaraz dogoni kolegę, ale nie, on wtedy znowu podnosił tyłek i uciekał, faktycznie chętny do zabawy. W końcu jednak zeskoczyli na poziom ulicy, a kot się zmęczył, albo stracił uwagę, bo pozwolił podejść do siebie na tyle blisko, że Nefret zaczęła się zmieniać i taka na wpół zmieniona, jak taka abominacja pół kota i pół człowieka, złapała Mruczkensa i przytuliła do siebie.
– Mam cię, łobuzie. Ta dziewczynka strasznie za tobą płacze – niemalże wymruczała, głaszcząc uspokajająco kota, trzymając go w ramionach o kocich łapach i przytulając do piersi. Spokojnie wracała do miejsca, gdzie zostawiła Laurenta z dziewczynką, pozwalając transmutacji i transformacji dojść do skutku i stać się w pełni człowiekiem, by nie wystraszyć dziewczynki.
– To ten? – zapytała, widząc ich w tym samym miejscu, które wcześniej opuściła.
– Tak! Mruczkeens! – zakrzyknęła dziewczynka, wyciągając ręce po kiciusia, a Ginny przekazała go spokojnie, rozmruczanego jak traktor, bardzo z siebie zadowolonego.
– Chciał się pobawić i pobiegać – wyjaśniła, zerkając na małą, a do Laurenta puściła tylko oczko. – Wszystko w porządku? – to było bardzo taktyczne pytanie, w trakcie którego klęknęła na ziemi, wyciągając ciepłe dłonie do nóżki dziewczynki. – Pokaż, zrobię tak, że nie będzie bolało – na szczęście nosiła w torebce jakieś zupełnie podstawowe rzeczy medyczne, tak na wszelki wypadek.