Ginewra zaśmiała się lekko i cicho pod nosem, widząc, jak kot staje się wodą w ramionach dziewczynki, oboje byli widać przeszczęśliwi, że z powrotem są razem, a McGonagall nie zamierzała w to absolutnie ingerować. Po prostu nie wyobrażała sobie tka puścić tego dziecka z ranną nogą, co jeśli wda się jakieś zakażenie, albo zrobi jej się blizna, której nie będzie mogła później usunąć? Nie, nie mogła na to pozwolić, to nie wchodziło w grę.
– Z taką raną długo nie pobiegasz za panem Mruczkensem – dodała do słów Laurenta, próbując się odnieść do małej, dziecięcej obsesji, jaką dziewczynka najwyraźniej miała do kota. Dzieci takie były, nie widziała w tym nic nadzwyczajnego. Fakt, mogła trafić tu na różnych ludzi, zwłaszcza jak blisko było Nokturnu… ale trafiła akurat na nich. Dlaczego nie zacząć zmieniać świata od takich małych rzeczy? To przecież nic nie kosztowało. Dlatego najpierw machnęła różdżką nad kolanem dziewczynki, gdy ta już pozwoliła sobie z nim zadziałać, chcąc je oczyścić z brudu, bo bolesnym spotkaniem z kamiennym brukiem. Potem sięgnęła do torebki, by wyciągnąć eliksir, i kilka kropel, precyzyjnie odmierzonych, wylała na ranę na kolanie. Eliksirów sama nie robiła, nie była w tym zbyt biegła, nigdy też tego nie lubiła, choć oczywiście wiedziała co z czym i dlaczego; po prostu kupowała na Pokątnej, miała tutaj znajomą poznaną kilka lat wcześniej i odkąd przyjechała do Anglii, to u niej się zaopatrywała. Akurat takie podstawowe eliksiry ze sobą nosiła, bo nigdy nie wiadomo, bardziej specyficzne miała przygotowane w swoim przyborniku z narzędziami medycznymi. Ginny odczekała kilka sekund, po czym wyciągnęła opatrunek, nad nim też machnęła różdżką, by go oczyścić. Kilka kropel wylała na materiał, który miał bezpośrednio przylegać do rany i bardzo delikatnie, jakby jej dotyk był muśnięciem motylich skrzydeł, przyłożyła je do kolanka dziewczynki i zaraz pewnym ruchem zaczęła wszystko obwiązywać bandażem, by gdy opatrunek już nie spadał, znowu machnąć różdżką i przyspieszyć cały proces.
– Gotowe. Za godzinę nie będzie już śladu po ranie – uśmiechnęła się do małej. Nie zwróciła w ogóle uwagi, że są obserwowani i komentowani przez jakieś dwie kobiety, zbyt zajęta była swoją pracą. Dziewczynka odebrała kota, podziękowała i pobiegła, jakby nic się nie stało.
Bo na szczęście się nie stało. A Guinevere uważnie zakręciła fiolkę eliksiru i ostrożnie wsadziła ją do torebki, po czym podniosła się z klęczek i wytrzepała swoje kolana.
– Łapanie kotów może niekoniecznie – odpłaciła mu pięknym za nadobne i poprawiła torebkę na ramieniu, gotowa do opuszczenia tego miejsca, skoro mieli jakiś tam cel tego powolnego spaceru, przeciętego spotkaniem dziewczynki i kota. Wiedziała, że to nie o tego kota chodziło, kot był tylko wypadkową. – Ale jak mogłabym przejść obojętnie – odparła i spojrzała w kierunku, w którym pobiegła młoda. Sama też wyglądała na zamyśloną. – Tak, to rzeczywiście nostalgiczne. Chociaż w moim przypadku obawiam się, że to bardziej już dziesiąt lat, a nie kilkanaście – puściła do niego oko, bo w czerwcu stuknęły jej trzydzieści dwa lata na liczniku i te… nawet piętnaście lat temu, to już była po szkole. Nie, to musiało być już nawet ze dwadzieścia lat temu… Nawet więcej. – Ale tak, przekąska na patyku i biegało się pomiędzy straganami z piskiem i krzykiem – pokręciła głową do swoich myśli i przeniosła spokojne spojrzenie jasnobrązowych oczu na Laurenta. – Mam nadzieję, że się z nią nie wynudziłeś. Idziemy?