17.03.2024, 19:37 ✶
Kiedy Flynn przekroczył próg wozu, czekałem na jakiekolwiek słowo z jego strony, ale jak zawsze - w takich przypadkach - milczał. On z reguły milczał, niezbyt wiele mówił i to było normalne, ale jednak czasami brakowało mi jego głosu, jakichś pokrzepiających słów może...? Takich rzuconych właśnie na pocieszenie. Może za wiele nie wnoszących, ale brakowało mi tego, bo jednak teraz siedziałem nieruchomo, wpatrzony w te przeklęte pergaminy i zatracałem resztki swojej duszy w tej ciszy, przerywanej tylko krokami, rzuconą kurtką czy dziwnym westchnięcio-charknięciem ze strony Flynna.
Na to ostatnie jednak nie wytrzymałem i spojrzałem na niego, szczególnie że wniósł wraz ze sobą dziwny, taki jakby morski, zgniły, mulasty zapach. Może trochę rybny...? Z trudem przełknąłem ślinę, bo wyglądał jak siedem nieszczęść, co jeszcze bardziej mnie dobijało. I wściekało, bo patrzył na mnie z wyrzutem, jak gdybym to ja mu to wszystko zrobił, a przecież...? Przecież to była moja wina, że się czepiałem, że miałem wątpliwości i chciałem sobie udowadniać nie wiadomo co. Ale plus był taki, że właśnie podszedł do mnie i... się przytulił? Można było to określić takim mianem. Ja, cóż, bez słowa położyłem dłonie na jego splątanych, dziwnie ułożonych włosach. Ogólnie raczej nie były układane, ale teraz było jakoś inaczej. Jego włosy były sztywne, zresztą jak również koszulka. I co teraz miałem zrobić...? Traktować to jako coś normalnego? Zniknął na dwa dni, wracał zdezelowany i kładł mi głowę na kolanach, a ja głaskałem jego włosy i miałem totalną pustkę w głowie. W sercu zresztą też. Te wszystkie emocje zgromadzone we mnie chciały wybuchnąć, ale jednak nie potrafiłem mu tego zrobić. Jakby nie patrzeć, to był Flynn, a ja nie chciałem go ranić, pragnąłem by było między nami w porządku, nawet lepiej niż w porządku, więc po prostu siedziałem i głaskałem.
Ale - niestety - im dłużej tak trwaliśmy w bezruchu, tym bardziej pękałem. Chciałbym mieć serce z kamienia i być niewzruszonym w takich sytuacjach, ale jednak przez tych parę dobrych godzin, było nawet ich kilkadziesiąt, wierzyłem głęboko, że już go więcej nie zobaczę, a on teraz jednak tu był i jak gdyby nigdy nic... Bez słowa i w tym stanie. Przeklęte łzy same mi popłynęły. Nie mogłem ich dłużej wstrzymywać. Nie znosiłem tego braku władzy nad własnym ciałem, ale stało się.
- Powiedz mi - zacząłem szeptem, zdecydowanie rozbity. Głos mi drżał. - Specjalnie to zrobiłeś? Tyle cię nie było. Myślałem, że już nie wrócisz - przyznałem się, zamykając swoje oczy. Zacisnąłem je wręcz usilnie. Dokładnie tak, jakbym chciał wymazać z siebie te wszystkie emocje, zapomnieć o nich, ale tak się nie dało. Słowo się rzekło. Moje dłonie spoczywające na jego włosach zatrzymały się bezwiednie.
Wspominałem czasy, kiedy oboje byliśmy małymi chłopcami, jak zawsze mógł na mnie polegać. Starałem się otaczać go opieką i zawsze o niego walczyłem, a teraz... Teraz to nie było już takie proste i oczywiste. Siły rozłożyły się inaczej. Sam już się gubiłem, kto był tu silniejszy i kto bardziej mieszał. Może po prostu życie w związku nie było dla mnie? Nie chciałem by nasze uczucia szły ku utopii, ale im bardziej próbowałem je utrzymać w ryzach, tym było tylko coraz gorzej. Ta niemoc mnie dobijała.
Na to ostatnie jednak nie wytrzymałem i spojrzałem na niego, szczególnie że wniósł wraz ze sobą dziwny, taki jakby morski, zgniły, mulasty zapach. Może trochę rybny...? Z trudem przełknąłem ślinę, bo wyglądał jak siedem nieszczęść, co jeszcze bardziej mnie dobijało. I wściekało, bo patrzył na mnie z wyrzutem, jak gdybym to ja mu to wszystko zrobił, a przecież...? Przecież to była moja wina, że się czepiałem, że miałem wątpliwości i chciałem sobie udowadniać nie wiadomo co. Ale plus był taki, że właśnie podszedł do mnie i... się przytulił? Można było to określić takim mianem. Ja, cóż, bez słowa położyłem dłonie na jego splątanych, dziwnie ułożonych włosach. Ogólnie raczej nie były układane, ale teraz było jakoś inaczej. Jego włosy były sztywne, zresztą jak również koszulka. I co teraz miałem zrobić...? Traktować to jako coś normalnego? Zniknął na dwa dni, wracał zdezelowany i kładł mi głowę na kolanach, a ja głaskałem jego włosy i miałem totalną pustkę w głowie. W sercu zresztą też. Te wszystkie emocje zgromadzone we mnie chciały wybuchnąć, ale jednak nie potrafiłem mu tego zrobić. Jakby nie patrzeć, to był Flynn, a ja nie chciałem go ranić, pragnąłem by było między nami w porządku, nawet lepiej niż w porządku, więc po prostu siedziałem i głaskałem.
Ale - niestety - im dłużej tak trwaliśmy w bezruchu, tym bardziej pękałem. Chciałbym mieć serce z kamienia i być niewzruszonym w takich sytuacjach, ale jednak przez tych parę dobrych godzin, było nawet ich kilkadziesiąt, wierzyłem głęboko, że już go więcej nie zobaczę, a on teraz jednak tu był i jak gdyby nigdy nic... Bez słowa i w tym stanie. Przeklęte łzy same mi popłynęły. Nie mogłem ich dłużej wstrzymywać. Nie znosiłem tego braku władzy nad własnym ciałem, ale stało się.
- Powiedz mi - zacząłem szeptem, zdecydowanie rozbity. Głos mi drżał. - Specjalnie to zrobiłeś? Tyle cię nie było. Myślałem, że już nie wrócisz - przyznałem się, zamykając swoje oczy. Zacisnąłem je wręcz usilnie. Dokładnie tak, jakbym chciał wymazać z siebie te wszystkie emocje, zapomnieć o nich, ale tak się nie dało. Słowo się rzekło. Moje dłonie spoczywające na jego włosach zatrzymały się bezwiednie.
Wspominałem czasy, kiedy oboje byliśmy małymi chłopcami, jak zawsze mógł na mnie polegać. Starałem się otaczać go opieką i zawsze o niego walczyłem, a teraz... Teraz to nie było już takie proste i oczywiste. Siły rozłożyły się inaczej. Sam już się gubiłem, kto był tu silniejszy i kto bardziej mieszał. Może po prostu życie w związku nie było dla mnie? Nie chciałem by nasze uczucia szły ku utopii, ale im bardziej próbowałem je utrzymać w ryzach, tym było tylko coraz gorzej. Ta niemoc mnie dobijała.