17.03.2024, 21:30 ✶
I kto wie? Może właśnie tak, jakąś krótszą lub dłuższa chwilę temu czuł się Flynn. Dusiłem się, jakbym znalazł się pod wodą. Traciłem czucie. Gubiłem się toni emocji, traciłem wątek, rezon, orientację. Pragnąłem usłyszeć coś innego, zakochać się na nowo we Flynnie, przytulić go i udawać, że nic złego nie miało miejsca, ale...
Pragnąłem również prawdy i ją właśnie dostałem. Typowo wyjąkaną przez Flynna, w en jego uroczy sposób, ale... Ale... Ale trzeba było uważać na to, czego sobie człowiek życzył? O czym marzył? Prawda nie zawsze bywała łatwa, a w tym przypadku była wręcz niemożliwie ciężka. Słowa na złość, bawić się, bez ciebie obijały się o moją głowę i staczały mnie tylko niżej i niżej, jak gdybym jeszcze niżej mógł upadać.
Nie powiedziałem nic, choć pełno zapytań cisnęło mi się na usta. Zawsze pragnąłem dla Flynna wszystkiego co najlepsze, a w zamian otrzymywałem,,. zemsty? Za co? Za to, że nam się nie układało? Doskonale pamiętałem, co o mnie sądził. Miał mnie za słabego i, tak na dobrą sprawę, ewidentnie miał rację. Pozwoliłem sobie na odsłonięcie się przed nim, na otworzenie serca, sowich uczuć i teraz, cóż, zbierałem żniwo. Mogłem mu nie ufać, jak to się starałem robić na początku, odgradzać się od niego, obserwować z daleka, a ja go, cóż, dopuściłem do siebie, wpuściłem do własnej przyczepy, do łóżka, do serca... Gdzie na dobrą sprawę może nie chciał być, skoro tak lekko przychodziło mu ranienie mnie? Ale co z jego uczuciami, co z miłością, z tymi panikami...? Ugh.
- Czy tobie na mnie zależy? Wiesz, jak się czu-łem...? Wiesz, jak teraz... Jak ja teraz...? - zapytałem, właściwie chciałem pytać, ale nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej. Było mi przykro, że Flynn nie liczył się z moimi uczuciami, z moim komfortem, ze mną. Może wcale to nie ze mną było coś nie tak? Może to jego wina? Jedyna i wyłączona? A może to obopólna? Cóż, niezależnie od faktycznego stanu, ja nie robiłem mu na złość, nie chciałem, żeby cierpiał.
Wyprostowałem się na swoim miejscu, ale nie dlatego że nabrałem pewności siebie. Spojrzałem w górę. Nie chciałem by Flynn widział moją twarz, by na mnie patrzył w tym stanie. Niezależnie od tego, czy mogło mu na mnie zależeć i teraz mógł mieć wyrzuty sumienia, czy też robił to dla własnej zabawy i teraz karmił swoją złowieszczą duszę.
Jedno było pewne - sam chciałbym za dużo wypić. Najlepiej tyle by mi się urwał film, by wyrzucili mnie z baru, uznali za kogoś, kim nie byłem. Jakiegoś kloszarda bez imienia. Jedno było pewne - nie chciałem być w tej chwili Alexandrem Bellem.
- Co ja mam z tobą zrobić, Flynn? Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz - wyszeptałem gdzieś ku niebiosom, ale kierując te słowa w kompletnie inną stronę. Nie chciałem być w tej chwili Alexandrem Bellem, ale jednocześnie pragnąłem być epicentrum wszechświata Flynna. Miał taką śliczną, niewinną twarz, na którą właśnie opuściłem swoje spojrzenie. Tak bardzo oddałbym mu cały świat, gdybym mógł, tylko że to i tak nie byłoby wystarczające.
- Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni - dodałem jeszcze zmęczony. Co miałem zrobić? Żyć w tym marazmie i cieszyć się z tych drobnych, szczęśliwych chwil...? O ile jeszcze jakieś nadejdą?
Pragnąłem również prawdy i ją właśnie dostałem. Typowo wyjąkaną przez Flynna, w en jego uroczy sposób, ale... Ale... Ale trzeba było uważać na to, czego sobie człowiek życzył? O czym marzył? Prawda nie zawsze bywała łatwa, a w tym przypadku była wręcz niemożliwie ciężka. Słowa na złość, bawić się, bez ciebie obijały się o moją głowę i staczały mnie tylko niżej i niżej, jak gdybym jeszcze niżej mógł upadać.
Nie powiedziałem nic, choć pełno zapytań cisnęło mi się na usta. Zawsze pragnąłem dla Flynna wszystkiego co najlepsze, a w zamian otrzymywałem,,. zemsty? Za co? Za to, że nam się nie układało? Doskonale pamiętałem, co o mnie sądził. Miał mnie za słabego i, tak na dobrą sprawę, ewidentnie miał rację. Pozwoliłem sobie na odsłonięcie się przed nim, na otworzenie serca, sowich uczuć i teraz, cóż, zbierałem żniwo. Mogłem mu nie ufać, jak to się starałem robić na początku, odgradzać się od niego, obserwować z daleka, a ja go, cóż, dopuściłem do siebie, wpuściłem do własnej przyczepy, do łóżka, do serca... Gdzie na dobrą sprawę może nie chciał być, skoro tak lekko przychodziło mu ranienie mnie? Ale co z jego uczuciami, co z miłością, z tymi panikami...? Ugh.
- Czy tobie na mnie zależy? Wiesz, jak się czu-łem...? Wiesz, jak teraz... Jak ja teraz...? - zapytałem, właściwie chciałem pytać, ale nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej. Było mi przykro, że Flynn nie liczył się z moimi uczuciami, z moim komfortem, ze mną. Może wcale to nie ze mną było coś nie tak? Może to jego wina? Jedyna i wyłączona? A może to obopólna? Cóż, niezależnie od faktycznego stanu, ja nie robiłem mu na złość, nie chciałem, żeby cierpiał.
Wyprostowałem się na swoim miejscu, ale nie dlatego że nabrałem pewności siebie. Spojrzałem w górę. Nie chciałem by Flynn widział moją twarz, by na mnie patrzył w tym stanie. Niezależnie od tego, czy mogło mu na mnie zależeć i teraz mógł mieć wyrzuty sumienia, czy też robił to dla własnej zabawy i teraz karmił swoją złowieszczą duszę.
Jedno było pewne - sam chciałbym za dużo wypić. Najlepiej tyle by mi się urwał film, by wyrzucili mnie z baru, uznali za kogoś, kim nie byłem. Jakiegoś kloszarda bez imienia. Jedno było pewne - nie chciałem być w tej chwili Alexandrem Bellem.
- Co ja mam z tobą zrobić, Flynn? Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz - wyszeptałem gdzieś ku niebiosom, ale kierując te słowa w kompletnie inną stronę. Nie chciałem być w tej chwili Alexandrem Bellem, ale jednocześnie pragnąłem być epicentrum wszechświata Flynna. Miał taką śliczną, niewinną twarz, na którą właśnie opuściłem swoje spojrzenie. Tak bardzo oddałbym mu cały świat, gdybym mógł, tylko że to i tak nie byłoby wystarczające.
- Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni - dodałem jeszcze zmęczony. Co miałem zrobić? Żyć w tym marazmie i cieszyć się z tych drobnych, szczęśliwych chwil...? O ile jeszcze jakieś nadejdą?