Moody wywrócił oczami. Nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle zamierzał dyskutować z nią, kiedy znajdowała się w takim stanie... Czego oczekiwał - trzeźwego, filozoficznego spojrzenia na sytuację w ich kraju? Nie tylko tę wojenną, ale po prostu czysto astronomiczną? Pokręcił głową z niedowierzaniem we własne próby podjęcia tego tematu i korygowania jej w czymkolwiek. Tak naprawdę to on też zawsze po pijaku bredził i od nikogo lepszy nie był.
- Nie mam litości - odparł, nie dając jej upaść na stopniu prowadzącym na zewnątrz. - Dwa plus dwa? - Uniósł w górę brwi, nieco teatralnie. To była twarz Moody'ego żartownisia, tej jego wersji lubiącej rzucać znajomym zaczepne, ale wyjątkowo nieśmieszne, bo cuchnące starym, smutnym człowiekiem żarty. - Ile palców ma tuzin gołębi? - Oczywiście, że próbował wprowadzić ją tym pytaniem na minę, żeby powiedziała coś durnego, a później (może teraz, może nawet za tydzień) mógł ją wyśmiać. Serdecznie, jak Botta. Ale jednocześnie... z jakiegoś powodu pamiętając każde słowo, jakby to uknuł celowo (i tak też zresztą by było).
Jej następne słowa w pierwszej sekundzie zbiły go z tropu, bo kiedy szli boczną alejką, Alastor skupił się myślami na czymś zupełnie innym niż ta scena. Udało mu się jednak zareagować szybko - bo „chyba” normalnie sugerowało, że tak naprawdę nic nie musiało nastąpić, ale ona od razu zaczęła się wyrywać i „chyba” zniknęło z tego zdania tak szybko, jak szybko Moody przestawił ją obok śmietnika. Niewiele mógł tutaj pomóc, oprócz zebrania jej włosów z twarzy i trzymania ich w górze zaplątanych w swoją rękę, więc stał nad nią, z włosami zebranymi w taki sposób i spoglądał w jakiś losowy punkt w oddali, bo przecież nie będzie wlepiał w nią wzroku kiedy wymiotuje do śmietnika. Zapaliłby papierosa, ale dym był pewnie ostatnim, czego teraz potrzebowała...
Ale jakby się nad tym zastanowić - to był Londyn. Tutaj zawsze śmierdziało.
- Nie mam litości - odparł, nie dając jej upaść na stopniu prowadzącym na zewnątrz. - Dwa plus dwa? - Uniósł w górę brwi, nieco teatralnie. To była twarz Moody'ego żartownisia, tej jego wersji lubiącej rzucać znajomym zaczepne, ale wyjątkowo nieśmieszne, bo cuchnące starym, smutnym człowiekiem żarty. - Ile palców ma tuzin gołębi? - Oczywiście, że próbował wprowadzić ją tym pytaniem na minę, żeby powiedziała coś durnego, a później (może teraz, może nawet za tydzień) mógł ją wyśmiać. Serdecznie, jak Botta. Ale jednocześnie... z jakiegoś powodu pamiętając każde słowo, jakby to uknuł celowo (i tak też zresztą by było).
Jej następne słowa w pierwszej sekundzie zbiły go z tropu, bo kiedy szli boczną alejką, Alastor skupił się myślami na czymś zupełnie innym niż ta scena. Udało mu się jednak zareagować szybko - bo „chyba” normalnie sugerowało, że tak naprawdę nic nie musiało nastąpić, ale ona od razu zaczęła się wyrywać i „chyba” zniknęło z tego zdania tak szybko, jak szybko Moody przestawił ją obok śmietnika. Niewiele mógł tutaj pomóc, oprócz zebrania jej włosów z twarzy i trzymania ich w górze zaplątanych w swoją rękę, więc stał nad nią, z włosami zebranymi w taki sposób i spoglądał w jakiś losowy punkt w oddali, bo przecież nie będzie wlepiał w nią wzroku kiedy wymiotuje do śmietnika. Zapaliłby papierosa, ale dym był pewnie ostatnim, czego teraz potrzebowała...
Ale jakby się nad tym zastanowić - to był Londyn. Tutaj zawsze śmierdziało.
Koniec sesji
fear is the mind-killer.