Coś obróciło się w żołądku chłopaka. Zgniotła w trzewiach. Po raz pierwszy Morpheus Longbottom poczuł na języku, obok smaku persymony, sadzy i wiatru, coś innego. Głód. Kiedy słowa, jak kropelki jadu, padały w powietrze, nie znalazła się w nim większa potrzeba, niż chęć zatopienia zębów w łabędziej szyi, jakby opanowała go nagle klątwa wampiryzmu. Włożyć dłonie pod szatę i zagłębić paznokcie w skórze, wedrzeć się pod nią, rozerwać żebra i zamknąć się między mięśniami Vakela.
— Obiecujesz? — zapytał Morpheus, ściszonym głosem, chociaż tonem podszytym arogancją porównywalną do tej, którą okazywał młodszy prefekt. Nie patrzył na Dolohova, wyciągając kolejną rzecz z pojemnych kieszeni, paczkę papierosów. Otworzył ją, wyciągnął jednego z pozostałych trzech oraz towarzyszącą im zapalniczkę. Płomyk, który co rusz gasł od pędu, potrzebował chwili, aby odpalić tytoń. Morpheus właściwie nie palił, przynajmniej jeszcze. Ot, kilka towarzyskich papierosów z braćmi, gdzieś na obrzeżach arystokratycznych spotkań towarzyskich, aby wtopić się w tłum. Nawyk mu pomagał, dym uspokajał i chociaż nie czuł jeszcze potrzeby, aby palić, lubił gorzki, ostry smak w chwilach stresu lub gdy bardzo pragnął wyciszyć magię protetycznych wizji, płynącą w jego żyłach.
Płomyk wyciągnął przyszłe rysy Longbottoma na wierzch, ostry, zgarbiony nos, jakby złamany, lekko wysunięta szczęka, ciężkie spojrzenie. Nie miał być szczególnie przystojnym mężczyzną, gdy już zgubi młodzieńczą okrągłość, raczej wizualnie interesującym. Przypominał twarze z popiersi rzymskich imperatorów, wieczne w marmurze, ze swoistą dumną miną na ustach, ściągającą kąciki w dół, z mglistością spojrzenia, pomimo dziwnego wrażenia aż nadmiernej obecności w momencie.
Zaciągnął się papierosem. Odpalił go właściwie tylko dlatego, że kusiło go za bardzo, aby spróbować wepchnąć znów palce w jamę ustną Vakela. Było w tym coś zaskakująco kuszącego, aż nie spodziewał się po sobie tak silnej reakcji, chęci ujrzenia jego zszokowania, może zasmakowałby krwi Longbottoma i znów się zrzygał. Ubawiłoby go to bardzo starszego Krukona, to ryzko. Wizja w jego głowie podszyła się jakimś tabu, w którego głębię spoglądał, nie mogąc zrozumieć, na co dokładnie patrzy. Pomysł, aby wsadzić swoje palce w usta Vakela nagle urósł do rangi sensualnego gestu, nawet jeśli urodził się z chłopięcej potrzebny udowodnienia, że się nie boi.
Bardzo długo wypuszczał z płuc dym i powietrze. Zgasił na wpół wypalonego papierosa o barierkę i włożył z powrotem do paczki. Odbił się biodrami od metalowej poręczy i bez słowa wszedł do wagonu, zostawiając drugiego chłopaka samego.
Minął prawie tydzień odkąd pociąg do Hogwartu dotarł do stacji w Hogsmeade. Uczniowie powoli wracali do rytmu nauki, pozostawiając za sobą beztroskę wakacji lub rygor rodzinny, wtapiając się w społeczność rówieśników. Pierwsze zadania domowe i wizje sprawdzianów zostały zapisane na pergaminie, dłonie wracały do nawyku długiego notowania kolejnych słów, wiedzy przekazywanej przez nauczycieli. W końcu również pierwsze kryształy pucharu domu zmieniały swoją ilość w wysokich tubach.
Początki były dla Morpheusa zawsze ciężkie; nawet jeśli Warownia tętniła życiem, ciągłymi gośćmi i rodziną, pociotkami i wnukami, to nie równało się to wielkości ciała studenckiego, a oni wszyscy zostali spleceni wspólnie węzłami przyszłości. Kolejne zależności, niewidoczne dla niego, wpływały na przyszłość, zrywały ją i budowały, cierpliwy czas płynął nieubłaganie, wypełniając luki opowieści setkami ludzkich hostorii, a zanim się dokonały, Longbottom widział je, na jawie, w swoich snach. Zawsze trudniej mu było zatrzymać strumień niż go wywołać.
Bezsenne noce nadchodziły.
Prefekt Krukonów opuścił cicho dormitorium swojego rocznika, minął kolejne piętra i usiadł naprzeciwko posągu Roweny Ravenclaw. Wyjął z kieszeni piżamy talię kart tarota i zaczął ją tasować. Miał długie palce, palce pianisty, mówiły ciotki. Tarocisty, poprawiała je jego matka z wiedzącym uśmiechem. Zegar wskazywał okolice trzeciej i w pokoju wspólnym nie było już nikogo, kto mógłby być świadkiem tej nocnej medytacji. Nawet ogień już ledwie płonął w kominku, a magiczne światła mętnie tylko oświetlały zmęczoną twarz młodzieńca. Karty płynęły przez jego dłonie. Nagły skurcz i jedna wypadła. Zatrzymał tasowanie i podniósł ją do światła.
Z kartonia spoglądała na niego naga Gwiazda. Symbol przetrwania, ta która przychodziła po Wieży, po tym, gdy wszystko zostaje zniszczone. Ta, która nie obawia się natury, ta która akceptuje rzeczy takimi, jakie są.
Przyłożył kartę do brzegu swoich ust, stukając nią i spoglądając w górę, na rysy twarzy patronki swojego domu, mając wrażenie, że ta naigrywa się z niego i że powinien inaczej interpretować sygnał talii, niż akceptację swojego przekleństwa widzenia.