18.03.2024, 19:36 ✶
Naprawdę nie miała mu tego za złe, zresztą, tajemniczy śmiech w ciemnej alejce zapewne odstraszył kilku ciekawskich, którzy zapewne chcieli podejrzeć co się dzieje na tym zapomnianych przez wszystkich podwórzu. Rozumiała, że z boku wychodziła na kompletna idiotę i nic nie miało na razie tego zmienić. Przynajmniej chrupanie już się skończyło, choć trochę żałowała, że Crow nie miał przy sobie nic bardziej zjadliwego. Albo butelki wódki.
Chociaż lepiej nie, łatwiej ucieka się jednak trzeźwym.
- W twoich ustach brzmi to tak, jakby on był większym debilem ode mnie. Uznaję to za wyczyn - stwierdziła, bo ostatnio w większości słyszała więcej epitetów co do swojej głupoty, nie Dantego. A naprawdę nie potrafiła zgasić w sobie pewnej satysfakcji i dumy, gdy rzuciła temu jednemu niedowiarkowi, z którym się założyła, dowód swojego sukcesu. Nie, żeby nie żałowała, ale to dwie zupełnie inne kwestie.
Oparła się o konar drzewa, stwierdzając, że minimum wygód przed śmiercią nie zaszkodzi.
- Wiesz co, pieprzyć to wszystko, jak mnie ukatrupi, to weź coś dla mnie zrób i przekaż tą historię każdemu, kogo znasz, jak tak mu zależy, by wszystko zakopać pod dywan, to chociaż utrze się mu nosa. I kup mi ładne kwiatki na nagrobek, o ile jakiś ktoś mi kiedyś postawi. - O zajmowaniu się jej matką nie wspominała, bo Crow nie był osobą, która chyba mogła o to prosić. Musiała znaleźć kogoś innego.
Nie wiedziała, czy ma się już teraz śmiać czy płakać. Zalała ją ogromna fala zrezygnowania, w której mogła w każdej chwili utonąc i w końcu się poddać. Ból w ręce choć tępy, powoli stawał się coraz silniejszy, zmęczenie zaczynało o sobie znać, a wszystko powoli zaczęło tracić sens. Jakby ten moment w którym się zatrzymała, w końcu sprawił, że wszystko co się wydarzyło zaczynało do niej docierać. Spojrzała jednak na Crowa, chcąc mieć choć jakiś ułamek nadziei, której mogła się trzymać. Potrzebowała tego, by się podnieść z zimnej ziemi, na której wylądowała.
Nie jest tak, że już po tobie…
Chciała mu wierzyć, mieć tą samą pewność, która miał on, widziała jednak między nimi małą zasadniczą różnice.
- Tylko no, ty umiesz walczyć, ja co najwyżej uciekać i wkręcać ludzi. No i masz za plecami Fontaine, a ja? Zwykła mysz, co się zasadziła na tygrysa. Chyba, że masz jakiś plan, żebym uszła z życiem? - zapytała, patrząc na niego jak na ewentualne zbawienie. Naprawdę potrzebowała czegoś, co sprawi, że wszystko będzie wyglądać mniej beznadziejnie.
Chociaż lepiej nie, łatwiej ucieka się jednak trzeźwym.
- W twoich ustach brzmi to tak, jakby on był większym debilem ode mnie. Uznaję to za wyczyn - stwierdziła, bo ostatnio w większości słyszała więcej epitetów co do swojej głupoty, nie Dantego. A naprawdę nie potrafiła zgasić w sobie pewnej satysfakcji i dumy, gdy rzuciła temu jednemu niedowiarkowi, z którym się założyła, dowód swojego sukcesu. Nie, żeby nie żałowała, ale to dwie zupełnie inne kwestie.
Oparła się o konar drzewa, stwierdzając, że minimum wygód przed śmiercią nie zaszkodzi.
- Wiesz co, pieprzyć to wszystko, jak mnie ukatrupi, to weź coś dla mnie zrób i przekaż tą historię każdemu, kogo znasz, jak tak mu zależy, by wszystko zakopać pod dywan, to chociaż utrze się mu nosa. I kup mi ładne kwiatki na nagrobek, o ile jakiś ktoś mi kiedyś postawi. - O zajmowaniu się jej matką nie wspominała, bo Crow nie był osobą, która chyba mogła o to prosić. Musiała znaleźć kogoś innego.
Nie wiedziała, czy ma się już teraz śmiać czy płakać. Zalała ją ogromna fala zrezygnowania, w której mogła w każdej chwili utonąc i w końcu się poddać. Ból w ręce choć tępy, powoli stawał się coraz silniejszy, zmęczenie zaczynało o sobie znać, a wszystko powoli zaczęło tracić sens. Jakby ten moment w którym się zatrzymała, w końcu sprawił, że wszystko co się wydarzyło zaczynało do niej docierać. Spojrzała jednak na Crowa, chcąc mieć choć jakiś ułamek nadziei, której mogła się trzymać. Potrzebowała tego, by się podnieść z zimnej ziemi, na której wylądowała.
Nie jest tak, że już po tobie…
Chciała mu wierzyć, mieć tą samą pewność, która miał on, widziała jednak między nimi małą zasadniczą różnice.
- Tylko no, ty umiesz walczyć, ja co najwyżej uciekać i wkręcać ludzi. No i masz za plecami Fontaine, a ja? Zwykła mysz, co się zasadziła na tygrysa. Chyba, że masz jakiś plan, żebym uszła z życiem? - zapytała, patrząc na niego jak na ewentualne zbawienie. Naprawdę potrzebowała czegoś, co sprawi, że wszystko będzie wyglądać mniej beznadziejnie.