13.12.2022, 14:23 ✶
Pannie Macmillan zdawało się, że im bliżej końca była, tym więcej spokoju ogarniało jej ciało. Te myśli sprzed chwili, jakby się koniecznie musiała wyrwać z objęć śmierci, stawały się coraz bardziej mgliste i przyćmione przez wszechogarniający spokój. Matka jej to wszystko na pewno wybaczy, a później wróci do kręgu. Koniec był tak przerażający, tak pozbawiony wielkich słów - to wszystko było strasznie ludzkie, naturalne, a co za tym szło - bliskie wszystkiemu, w co kazano jej wierzyć i w co wierzyła od dzieciństwa. I nawet ten rozczarowany głos mówiący: „Głupia dziewucha” nie był w stanie powstrzymać błogostanu ogarniającego ją z każdej strony - to przestawał być koniec, którego się bała. To zaczął być koniec, którego próbowała sięgnąć dłonią, jakby był czymś w oddali. Czymś, co można było złapać i przyciągnąć do siebie. Koniec mógł być dobry.
Słyszała jakiś głos. Był jak za ścianą. Kiedyś jej ktoś powiedział, że przed śmiercią wszystkie sceny z życia przelatują człowiekowi przed oczami. Może to było to - może po prostu nie potrafiła poczuć tego tak, jak powinna to poczuć. W okowach beznadziejności topiła się i powoli zamykała oczy. A później oślepiła ją jasność.
Ale to nie była jasność końca.
Zachłysnęła się powietrzem tak, że zaczęła kaszleć. Następnie przetoczyła się na bok. Ten potworny ból wrócił ze zdwojoną siłą. To było tak, jakby jej coś miało zaraz rozszarpać klatkę piersiową. Macmillan nie odpowiedziała nic znajdującej się obok dziewczynie, ale mogła się ruszać. Przetoczyła się po posadzce, wydając z siebie dźwięki, jakby miała zaraz zwymiotować. Zwijała się tak przed dobrych kilka minut i dopiero kiedy wszystko do niej wróciło, a wodospad łez płynący po zaczerwienionej twarzy ustał - mogła dostrzec, że jej wybawicielką była Menodora. Od świadomości tego zachciało jej się płakać jeszcze bardziej.
- Żyję?
Pytanie, które zadała, przecięło ciszę płynącą z jej strony. Uniosła w górę okaleczoną dłoń. Nie wydawała się ani trochę bledsza od tej, jaką posiadała dotychczas.
- Żyję.
Tylko że chyba złamała żebro.
- O-on dalej tu jest? Człowiek w masce?
Słyszała jakiś głos. Był jak za ścianą. Kiedyś jej ktoś powiedział, że przed śmiercią wszystkie sceny z życia przelatują człowiekowi przed oczami. Może to było to - może po prostu nie potrafiła poczuć tego tak, jak powinna to poczuć. W okowach beznadziejności topiła się i powoli zamykała oczy. A później oślepiła ją jasność.
Ale to nie była jasność końca.
Zachłysnęła się powietrzem tak, że zaczęła kaszleć. Następnie przetoczyła się na bok. Ten potworny ból wrócił ze zdwojoną siłą. To było tak, jakby jej coś miało zaraz rozszarpać klatkę piersiową. Macmillan nie odpowiedziała nic znajdującej się obok dziewczynie, ale mogła się ruszać. Przetoczyła się po posadzce, wydając z siebie dźwięki, jakby miała zaraz zwymiotować. Zwijała się tak przed dobrych kilka minut i dopiero kiedy wszystko do niej wróciło, a wodospad łez płynący po zaczerwienionej twarzy ustał - mogła dostrzec, że jej wybawicielką była Menodora. Od świadomości tego zachciało jej się płakać jeszcze bardziej.
- Żyję?
Pytanie, które zadała, przecięło ciszę płynącą z jej strony. Uniosła w górę okaleczoną dłoń. Nie wydawała się ani trochę bledsza od tej, jaką posiadała dotychczas.
- Żyję.
Tylko że chyba złamała żebro.
- O-on dalej tu jest? Człowiek w masce?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.