W głowie Morpheusa pojawił się obraz zupełnie innej osoby i pewnego gabinetu, znajdującego się w magicznej dzielnicy Londynu, w którym w rzeczywistości nie postawił nigdy stopy. Jakże różniła się ich kariera. Znał wnętrze z kilku fotografii w gazetach, gdzie i tak zwracał dużo większą uwagę na mężczyznę na niej uwiecznionego, więc skojarzenie było raczej rozmyte. Dużo lepiej znał Ataraxię na Nokturnie czy mały lokal Effimery.
Zaczął się drapać po ręku.
rzut na jasnowidzenie
Sukces!
Na chwilę wzrok wieszcza przestał być tak nachalny, a on sam zdawał się być nieco nieobecny, trochę jakby rozmyty w swojej obecności, jakby dusza próbowała się zmaterializować jako ciało i prawie jej się to udało.
— Nie, panno Ulu. Zajmuję się pracą naukową dla Ministerstwa Magii, ale rozkładam wróżby dla znajomych. A wróżby, jak ta, przychodzą, kiedy one same chcą, kiedy chcą zostać usłyszane. Jeśli czułaby panna potrzebę, mogę rozłożyć dla pani tarota, wystarczy, że napisze pana list do Warowni.
Zaśmiał się, zaskoczony jej interpretacją symbolu. Morpheus śmiał się szczerze i tak beztrosko, że nie dało się tego interpretować szyderczo, to był ten śmiech, który sprawiał, że wszystko inne blakło, nie dlatego, że zostało zatrute, ale dlatego, że nie mogło konkurować z jasnością tego śmiechu, prawie jakby nawet słońce było o nie zazdrosne. W tym głosie właśnie jaśniał Apollo, w koronie z lauru i promieni solarnych, opiekun wieszczy, ten który przemawiał przez Morpheusa. Czy to śmiał się mężczyzna czy bóg? Nie wiadomo.
— Przepowiednie nie mają mocny dyktowania nam, co robić, a jedynie zapowiadania wyladkowych naszych decyzji.
Swędziało coraz bardziej.
— Muszę pannę przeprosić, ale czuję coraz bardziej pyłki. Miłego oglądania zachodu słońca — powiedział i... Po prostu zniknął z cichym pyk.