Nie bez powodu mówiło się, że torebka kobiety jest przepastna… a jeszcze gdy było się geniuszem transmutacji, która przychodziła z największą łatwością od małego, to tym bardziej można było sobie wyobrazić, co mogła zrobić z torebeczką – zresztą Laurent już to widział, gdy przyszła z nim na ognisko. Zaklęcia zmniejszająco-zwiekszajace miała opanowanowane do perfekcji, w małym paluszku, rzuciłaby takie nawet dopiero co wyrwana że snu, i to zanim przypomniałaby sobie jak ma w ogóle na imię. Nie nosiła nie wiadomo czego ze sobą, natomiast takie podstawowe, mogące się przydać rzeczy jak na przykład antidotum, eliksir ochrony przed ogniem, czy wiggenowy, albo jakąś maść na oparzenia czy rany – już jak najbardziej. Tak jak bandaż, lusterko, szczotkę do włosów… robiła się z tego całkiem pokaźna lista wcale nie takich "podstawowych" rzeczy. Czy były one po to, by pomagać tym niemądrym mężczyznom? Poniekąd też, Ginny nie kategoryzowała ludzi w ten sposób, pomagała potrzebującym, zasłoniła by ich własną piersią, gdyby zaszła taka potrzeba. Ale jeśli ktoś nadepnął jej na odcisk, to nie wahała się zadziałać – tak, by przepłoszyć i zniechęcić w większość. Bo kto by chciał mieć marchewkę zamiast nosa? Dlatego czy potrzebowała rycerza? Może i wychowała się na opowieściach o nich, o królu, jego królowej, magach, magii, prawych i tych czarnych rycerzach… ale to były opowieści, a Ginevra potrzebowała w swoim życiu kogoś z krwi i kości. Nie bujała w obłokach – uważała, że jeśli coś jest jej pisane, to kiedyś do niej przyjdzie. Albo ją trafi. A tymczasem nie zamykała się na ludzi.
- Mówiłam ci już kiedyś, że kocham wszelkie życie. Naprawdę miałam to na myśli – rozmawiali o tym wtedy, gdy trzymając w ramionach niuchacza, nieśli go do lasu, do miejsca, gdzie te stworzenia miały swoje leże.
Ginny też znała wiele osób, które by się nie zatrzymały, a zignorowałyby dziewczynkę, zapłakaną, ranną… nic poważnego jej co prawda nie było, ale jednak to było tylko dziecko. I czy ją to cokolwiek kosztowało? Kilka minut życia – to wszystko. Mała cena za uśmiech dziewczynki i jej szczęście, rozpromienioną twarz, gdy znowu zobaczyła kotka i za chwilę mogła nadal z nim biegać po zaułkach magicznych dzielnic Londynu. Świat był paskudnym miejscem, ale dlaczego dokładać swoją cegiełkę zepsucia, gdy takimi małymi gestami można go było naprawiać?
- Ach, no tak – roześmiała się i zmrużyła jasnobrązowe oczy. To było słodkie, urocze w wykonaniu Laurenta. - Ale to sama prawda. Młodsza już na pewno nie będę – roześmiała się znowu, ale to naprawdę był w jej wykonaniu tylko żart. Powinna się tym przejmować? Że już przekroczyła próg trzydziestu lat i nadal nie ułożyła sobie życia? Chyba nie potrafiłaby ciągle siedzieć w domu, za bardzo kochała swoją pracę. A pewnie nie każda osoba mogłaby taki tryb życia zaakceptować – że jednak poświęcała się pracy na wykopaliskach i znikała co kilka dni na kilka dni. I jej nie przeszkadzała ta różnica wieku między nią a Laurentem – ani teraz, ani wtedy. Bo dlaczego by miało? To przecież tylko sześć lat, były większe problemy niż to, że była od niego starsza i bardziej… cóż. Dojrzała? Nie. Może bardziej doświadczona? Zależy w czym. Na pewno jednak była już na takim etapie swojego życia, że dokładnie wiedziała, czego od tego świata oczekiwać i czego w ogóle chciała.
- O tak, naprawdę. Byłam bardzo ruchliwym dzieckiem, a matka czasami wróżyła w takim namiocie blisko targu. Nie żeby się czegoś wstydziła, po prostu chciała zaoferować swoje dary tym mniej zamożnym. A wiesz ilu wysoko urodzonych chyłkiem się wtedy do niej wybierało…? W każdym razie jak mi się już nudziło przy mamie, to chodziłam… em… pozwiedzać. A tak naprawdę to chyba szukałam kłopotów. Byłam raczej trudna do upilnowania – nawet dla kogoś, kto otrzymał dar Oka Horusa, jak jej matka. Ta psota została w niej do dzisiaj, chociaż ewidentnie kobieta się z wiekiem uspokoiła i nie robiła już takich dziwnych numerów. Dojrzała, to na pewno. Skorzystała znowu z ramienia Laurenta, bardzo zresztą chętnie. Ten mężczyzna, który czasami jak się rumienił i uśmiechał, miał w sobie coś z chłopca, bardzo ładnie pachniał. - To dobrze, że tak cię zajęła. Wyglądała na bardzo upartą i zdecydowaną. A ten kot to psotnik, siedział sobie na parapecie przy dachu zadowolony z figla i się mył – podkręciła głową i uśmiechnęła się do swoich myśli. - Mam nadzieję, że to nie problem jeśli się chwilę spóźnimy na tę rezerwację?