19.03.2024, 23:59 ✶
Napad wściekłości czy może usilne błaganie o uwagę? Niezależnie od tego, co kierowało Flynnem, wpatrywałem się w niego zaskoczony, bo nie spodziewałem się z jego strony takich reakcji. Potrząsanie mną, ciągnięcie za moje odzienie, podniesiony ton...? Może faktycznie go nie znałem, może faktycznie zbyt pochopnie oceniałem swoją wiarę w niego. Bo kimże był Fleamont Bell? Flynnem, Crowem czy The Edgem? Może każdym? A może już żadnym z nich?
- Cztery lata będą we wrześniu - odpowiedziałem mu, bo to sobie dokładnie przeliczałem w głowie, kiedy myślałem o nas, o naszych relacjach, naszych dniach, miesiącach, latach. - I przestań... Przestań mówić o duszeniu. Nigdy bym cię nie udusił. I to nie ja... cię odpycham. Ty robisz wszystko, bylebym się od ciebie odwrócił. Nie wiem... Badasz moją cierpliwość, przeciągasz linę, sprawdzasz moją wytrzymałość...? Chciałbym być wyrozumiały, cierpliwy, najspokojniejszy, ale przez ciebie racę grunt pod nogami - odezwałem się totalnie zmęczony. Nie spałem za wiele. Flynn zresztą chyba również za wiele nie spał. Najchętniej zaciągnąłbym go teraz do szybkiej kąpieli, a potem do łóżka, zaopiekował się nim, ale wtedy... to coś między nami zostałoby w bezdusznym impasie. Nie chciałem tego, ale jednocześnie... cel uświęcał środki? Pewnie bym dokładnie to zrobił, gdyby Flynn właśnie nie zaczął przechodzić załamania.
Wstałem - nie miałem pojęcia, jakim cudem, nie rozlewając ani nie rozpadając się na podłodze - i otoczyłem go ramionami. Nie chciałem, żeby płakał. Ech. Jednak zamiast impasu, miałem powrót do punktu wyjścia.
- Chciałem, żebyś tu został, ale nie chciałem cię ograniczać, kiedy ty... kiedy wolałeś iść się dobrze bawić - odpowiedziałem, po czym pogłaskałem ręką jego plecy. - Jeśli cię to pocieszy, nie ruszałem się stąd ani o krok. Czekałem na ciebie - szepnąłem pokrzepiająco. Objąłem go jeszcze mocniej swoimi rękoma, wtuliłem się w niego, jak gdybym chciał tak utknąć na wieczność, przedłużyć tę bliskość w nieskończoność. Odkąd tylko wyszedł tamtej nocy, pragnąłem by z powrotem tu był, w moich ramionach.
Wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Tak, dokładnie tego chciałem. Nie chciałem myśleć o tych podłych rzeczach, wstrętnych teoriach, jeszcze gorszych słowach, które padły, które zostały dopowiedziane. Wolałem pozostać kimś wyjątkowym w oczach Flynna, prywatnym bohaterem, starszym bratem-opiekunem, kochającym partnerem, a nie kimś niewystarczającym, niegodnym, kimś, komu nie zależało.
I nawet nie przeszkadzało mi, że cholernie cuchnął. To było to ciało, które pamiętałem. Ten sam układ mięśni, ta charakterystyczna miękkość, kruchość, drżenie, układ. Po tych kilku latach znałem jego ciało na wylot. I jego właśnie potrzebowałem, tej bliskości, ale też tego zachrypniętego głosu, czarnych loków, gubiącego się spojrzenia.
- Cztery lata będą we wrześniu - odpowiedziałem mu, bo to sobie dokładnie przeliczałem w głowie, kiedy myślałem o nas, o naszych relacjach, naszych dniach, miesiącach, latach. - I przestań... Przestań mówić o duszeniu. Nigdy bym cię nie udusił. I to nie ja... cię odpycham. Ty robisz wszystko, bylebym się od ciebie odwrócił. Nie wiem... Badasz moją cierpliwość, przeciągasz linę, sprawdzasz moją wytrzymałość...? Chciałbym być wyrozumiały, cierpliwy, najspokojniejszy, ale przez ciebie racę grunt pod nogami - odezwałem się totalnie zmęczony. Nie spałem za wiele. Flynn zresztą chyba również za wiele nie spał. Najchętniej zaciągnąłbym go teraz do szybkiej kąpieli, a potem do łóżka, zaopiekował się nim, ale wtedy... to coś między nami zostałoby w bezdusznym impasie. Nie chciałem tego, ale jednocześnie... cel uświęcał środki? Pewnie bym dokładnie to zrobił, gdyby Flynn właśnie nie zaczął przechodzić załamania.
Wstałem - nie miałem pojęcia, jakim cudem, nie rozlewając ani nie rozpadając się na podłodze - i otoczyłem go ramionami. Nie chciałem, żeby płakał. Ech. Jednak zamiast impasu, miałem powrót do punktu wyjścia.
- Chciałem, żebyś tu został, ale nie chciałem cię ograniczać, kiedy ty... kiedy wolałeś iść się dobrze bawić - odpowiedziałem, po czym pogłaskałem ręką jego plecy. - Jeśli cię to pocieszy, nie ruszałem się stąd ani o krok. Czekałem na ciebie - szepnąłem pokrzepiająco. Objąłem go jeszcze mocniej swoimi rękoma, wtuliłem się w niego, jak gdybym chciał tak utknąć na wieczność, przedłużyć tę bliskość w nieskończoność. Odkąd tylko wyszedł tamtej nocy, pragnąłem by z powrotem tu był, w moich ramionach.
Wziąłem głęboki wdech i zamknąłem oczy. Tak, dokładnie tego chciałem. Nie chciałem myśleć o tych podłych rzeczach, wstrętnych teoriach, jeszcze gorszych słowach, które padły, które zostały dopowiedziane. Wolałem pozostać kimś wyjątkowym w oczach Flynna, prywatnym bohaterem, starszym bratem-opiekunem, kochającym partnerem, a nie kimś niewystarczającym, niegodnym, kimś, komu nie zależało.
I nawet nie przeszkadzało mi, że cholernie cuchnął. To było to ciało, które pamiętałem. Ten sam układ mięśni, ta charakterystyczna miękkość, kruchość, drżenie, układ. Po tych kilku latach znałem jego ciało na wylot. I jego właśnie potrzebowałem, tej bliskości, ale też tego zachrypniętego głosu, czarnych loków, gubiącego się spojrzenia.