Cymbał wychylił główkę zza kołnierza futrzanej kurtki. Obudził go hałas, w którym o tej porze dnia tonął pub. Smoczognik rozejrzał się dookoła i nie widząc nic ciekawego, z powrotem skrył się za kołnierzem kurty.
Regina w tym czasie szła już w stronę baru, nie mając problemu z przejściem przez tłum. Wzrost robił swoje, jeżeli chodziło o tak prozaiczne rzeczy, jak utorowanie sobie drogi przez ludzkie zbiorowiska czy budzenie niepewności u tych, na których spoglądała z góry.
Coś, czy raczej ktoś siedzący przy barze przyciągnął jej spojrzenie. Ciemne blond włosy zawiązane w dwa warkocze od czubka głowy, do tego ubranie, które nie pasowało do przeciętnej czarownicy. Sylwetka też była jakaś taka znajoma i Regina, robiąc dwa ostatnie kroki, rozpoznała z kim ma do czynienia.
— Yaxley. — rzuciła cicho, krzywiąc się lekko i patrząc nieprzyjaźnie na kuzynkę. — Lasy już są przetrzebione ze wszelkiej zwierzyny, że wpadłaś na kolejkę?