21.03.2024, 17:50 ✶
Słuchał z zainteresowaniem wywodu dotyczącego podstawowego sporu, trwającego się niemalże od momentu uznania estetyki, jako gałęzi filozofii zajmującej się pięknem. Przyjmował słowa Erika z życzliwym zaciekawieniem, ale też i manierą najstarszych hogwardzkich profesorów, którzy zwykli nie dawać przesłuchiwanym na okoliczność zaliczenia uczniom wskazówek, czy ich odpowiedź syci egzaminatora, czy wręcz przeciwnie.
– A więc, czy dobrze rozumiem, że upatrujesz siedzibę dzieła sztuki w głowie odbiorcy i jego subiektywnej percepcji? – pytanie niewinne, odnoszące się do wcześniejszych słów, choć modyfikujące je nieco. – Słowo i jego interpretacja to jedno... Muzyka w pewnym sensie podąża tym tropem, trwając tu i teraz. Zapis nutowy rzadko komu sprawia tyle satysfakcji co bezpośredni odbiór dźwięku, choć znam i takich, którzy wolą studiować partyturę w ciszy, mając gwarancje doskonałego wyobrażenia, bez chaosu i ewentualnych pomyłek czynnika ludzkiego. Lecz co z obrazami i rzeźbami? Materialne, namacalne, których kształt pozostaje taki sam, bez względu na to co myślą o nich kolejne pokolenia. Czyż nie są one dziełami samymi w sobie?
Na wzmiankę o podtopieniu wzdrygnął się, bardzo wyraźnie na krótki moment tracąc przyjętą obecnie postawę: stonowaną mikroekspresję i bardzo świadomie spowolnione gesty. Najwidoczniej wyobrażenie sobie wody, mimo że przecież sam przywołał tę metaforę, wzbudzało w nim bardzo duży dyskomfort. – Kto wie, może mają w swojej operowej ofercie coś z pogranicza obu podejść. Ale błagam Cię... jeśli kiedykolwiek nasze ścieżki skrzyżują się ponownie w sytuacji, kiedy ktoś będzie tonął, z pewnością to będę ja i to Twoje szerokie ramiona przyniosą mi wybawienie. Absolutnie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie tej sytuacji inaczej. – nawet się zaśmiał pod koniec, w wysokim tonie wskazującym na coś zbliżonego bardziej do nerwowego chichotu, aniżeli prawdziwego rozbawienia.
Uwagę o tym, że Morfeusz się przed nim jakkolwiek maskuje zbył tylko krótkim parsknięciem, zaraz po opisie barwnych strojów i kart rozkładanych przed butelką wina. Parsknięciem noszącym w sobie wiele możliwości interpretacyjnych... Do tematu już nie powrócił, nie z własnej inicjatywy, najwidoczniej uważając za słuszne, aby nie odsłaniać się za bardzo z zażyłością, która trwała dłużej niż żywot jego obecnego rozmówcy. Ostatecznie to były całkiem logiczne wnioski, choćby na podstawie tego, że Anthony wcale nie był częstym gościem w Warowni, a też Morpheus nigdy nie był zapraszany na wystawne przyjęcia Shafiq'a. Tak było lepiej, aby nie łączono zbyt ciasno jasnowidza i gracza na mugolskiej giełdzie...
Wszystko jednak blakło i stawało się mało istotne, gdy w grę wchodziło wino. Być może Erik nie wiedział, że jego rozmówca jest właścicielem pewnej francuskiej winnicy. Z pewnością nie miał okazji przeprowadzić z nim tej rozmowy wcześniej, bo i kiedy. Anthony nie odniósł się do tego, czy jego zawodowa paranoja sięgnęła zakorkowanego wina dostarczonego im przez syreny, kartę którą rozegrał w tej partii dostał przecież od Erika, który jako pierwszy zasugerował toksyczność tak młodego wina.
Tymczasem atmosfera zagęszczała się, może z powodu nieznośnej temperatury, która zmuszała tak lokalnych mieszkańców, a tym bardziej nienawykłych gości, do ukrywania się w cieniu i aktywnego poszukiwania chłodu. Może nie powinni prowadzić tej rozmowy przy otwartych szeroko okiennicach prowadzących na rozległy, nasłoneczniony taras, ale skryć się w cieniu magicznych kolumn, gdzie jednym zawijasem różdżki można było decydować o temperaturze obmywającej ciało wody i kształcie magicznie wykreowanego nieboskłonu.
Erik postanowił powiedzieć w tej partii "sprawdzam", zmusić Anthony'ego w możliwie prostym pytaniu do zdradzenia swoich intencji, mimo, że wcześniej tak ochoczo i rozlegle wypowiadał się na temat sztuki. W żaden sposób nie zaburzyło to toku rozmowy, z pewnością nie tak, jak wcześniej sama sugestia o metaforycznym ratowaniu podtopionej ofiary.
– Widzisz mój drogi, nie chodzi o to, że podyktuję Ci właściwą odpowiedź. Każdy bowiem ma swoją.– Mężczyzna podniósł się z fotela, pozostawiając na niewielkim stoliczku kawowym swój własny, wciąż nieruszony napitek. Podniósł się i ruszył do sekretarzyka, kontynuując swoją myśl: – W doczesnym życiu, towarzyszy nam wiele smaków. Wiele trunków. Gorzkie, czasem celowo przesładzane piwo, rozgrzewająca whisky, lepiące się do języka nalewki, czy w końcu ordynarna, paląca wódka. Jest też i wino... – wraz z ostatnim słowem, chwycił butelkę, jak gdyby nie prowadzili zwykłej rozmowy, a Erik na moment, w zupełnym oderwaniu od jego policyjnej prozy życia, trafił do sztuki, na sam środek sceny, gdzie każdy mebel był przemyślaną scenografią, a każdy przedmiot rekwizytem wspierającym myśl sączącą się z ust aktorów. Z ich ust. – Wino, które – jeśli pozwolisz sobie na odrobinę uważności – nie da się opisać prostymi epitetami. Ono nie jest po prostu słodkie. Lub gorzkie. Trzeba uciec do słownictwa, którego zwykle używasz w zupełnie innych okolicznościach.
Przerwał, gdy powrócił na stare miejsce, wciąż stojąc i wypełniając intermezzo swojej kwestii, cichutkim ciurkotem ponownie napełnianego kieliszka. Jeśli Erik był jego podczaszym, tak on najwidoczniej został na ten dzień jego kelnerem.
– Kartezjusz uważał, że człowiek składa się z dwóch istot. Z istoty myślącej i rozciągłej. – podjął dalej odstawiając butelkę i przechodząc niespiesznie za niewielką sofę zajmowana przez Erika. Jego wzrok uciekł w kierunku przedpokoju, na ścianę zdobioną milczącą jak dotąd harfą. – Istota rozciągła, to cała nasza powłoka, ciało, które użytkujemy. Istota myśląca zamieszkuje zaś szyszynkę, samo centrum mózgu i lubię... lubię wierzyć, że kiedy zatrzymujesz wino w ustach, pozwalasz tej istocie spróbować go i dać popłynąć myśli. Wspomnieniom, skojarzeniom, marzeniom... A gdy trunek ucieknie przełykiem... karmisz tylko ciało. Och, jak marnie wypada uciecha ciała, wobec rozkoszy intelektu. Zgodzisz się ze mną?– zapytał stojąc tuż za nim, w pewien sposób wymuszając zmianę pozycji, ułożenia głowy czy całego tułowia, jeśli rozmówca chciał na niego patrzeć odpowiadając.
– A więc, czy dobrze rozumiem, że upatrujesz siedzibę dzieła sztuki w głowie odbiorcy i jego subiektywnej percepcji? – pytanie niewinne, odnoszące się do wcześniejszych słów, choć modyfikujące je nieco. – Słowo i jego interpretacja to jedno... Muzyka w pewnym sensie podąża tym tropem, trwając tu i teraz. Zapis nutowy rzadko komu sprawia tyle satysfakcji co bezpośredni odbiór dźwięku, choć znam i takich, którzy wolą studiować partyturę w ciszy, mając gwarancje doskonałego wyobrażenia, bez chaosu i ewentualnych pomyłek czynnika ludzkiego. Lecz co z obrazami i rzeźbami? Materialne, namacalne, których kształt pozostaje taki sam, bez względu na to co myślą o nich kolejne pokolenia. Czyż nie są one dziełami samymi w sobie?
Na wzmiankę o podtopieniu wzdrygnął się, bardzo wyraźnie na krótki moment tracąc przyjętą obecnie postawę: stonowaną mikroekspresję i bardzo świadomie spowolnione gesty. Najwidoczniej wyobrażenie sobie wody, mimo że przecież sam przywołał tę metaforę, wzbudzało w nim bardzo duży dyskomfort. – Kto wie, może mają w swojej operowej ofercie coś z pogranicza obu podejść. Ale błagam Cię... jeśli kiedykolwiek nasze ścieżki skrzyżują się ponownie w sytuacji, kiedy ktoś będzie tonął, z pewnością to będę ja i to Twoje szerokie ramiona przyniosą mi wybawienie. Absolutnie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie tej sytuacji inaczej. – nawet się zaśmiał pod koniec, w wysokim tonie wskazującym na coś zbliżonego bardziej do nerwowego chichotu, aniżeli prawdziwego rozbawienia.
Uwagę o tym, że Morfeusz się przed nim jakkolwiek maskuje zbył tylko krótkim parsknięciem, zaraz po opisie barwnych strojów i kart rozkładanych przed butelką wina. Parsknięciem noszącym w sobie wiele możliwości interpretacyjnych... Do tematu już nie powrócił, nie z własnej inicjatywy, najwidoczniej uważając za słuszne, aby nie odsłaniać się za bardzo z zażyłością, która trwała dłużej niż żywot jego obecnego rozmówcy. Ostatecznie to były całkiem logiczne wnioski, choćby na podstawie tego, że Anthony wcale nie był częstym gościem w Warowni, a też Morpheus nigdy nie był zapraszany na wystawne przyjęcia Shafiq'a. Tak było lepiej, aby nie łączono zbyt ciasno jasnowidza i gracza na mugolskiej giełdzie...
Wszystko jednak blakło i stawało się mało istotne, gdy w grę wchodziło wino. Być może Erik nie wiedział, że jego rozmówca jest właścicielem pewnej francuskiej winnicy. Z pewnością nie miał okazji przeprowadzić z nim tej rozmowy wcześniej, bo i kiedy. Anthony nie odniósł się do tego, czy jego zawodowa paranoja sięgnęła zakorkowanego wina dostarczonego im przez syreny, kartę którą rozegrał w tej partii dostał przecież od Erika, który jako pierwszy zasugerował toksyczność tak młodego wina.
Tymczasem atmosfera zagęszczała się, może z powodu nieznośnej temperatury, która zmuszała tak lokalnych mieszkańców, a tym bardziej nienawykłych gości, do ukrywania się w cieniu i aktywnego poszukiwania chłodu. Może nie powinni prowadzić tej rozmowy przy otwartych szeroko okiennicach prowadzących na rozległy, nasłoneczniony taras, ale skryć się w cieniu magicznych kolumn, gdzie jednym zawijasem różdżki można było decydować o temperaturze obmywającej ciało wody i kształcie magicznie wykreowanego nieboskłonu.
Erik postanowił powiedzieć w tej partii "sprawdzam", zmusić Anthony'ego w możliwie prostym pytaniu do zdradzenia swoich intencji, mimo, że wcześniej tak ochoczo i rozlegle wypowiadał się na temat sztuki. W żaden sposób nie zaburzyło to toku rozmowy, z pewnością nie tak, jak wcześniej sama sugestia o metaforycznym ratowaniu podtopionej ofiary.
– Widzisz mój drogi, nie chodzi o to, że podyktuję Ci właściwą odpowiedź. Każdy bowiem ma swoją.– Mężczyzna podniósł się z fotela, pozostawiając na niewielkim stoliczku kawowym swój własny, wciąż nieruszony napitek. Podniósł się i ruszył do sekretarzyka, kontynuując swoją myśl: – W doczesnym życiu, towarzyszy nam wiele smaków. Wiele trunków. Gorzkie, czasem celowo przesładzane piwo, rozgrzewająca whisky, lepiące się do języka nalewki, czy w końcu ordynarna, paląca wódka. Jest też i wino... – wraz z ostatnim słowem, chwycił butelkę, jak gdyby nie prowadzili zwykłej rozmowy, a Erik na moment, w zupełnym oderwaniu od jego policyjnej prozy życia, trafił do sztuki, na sam środek sceny, gdzie każdy mebel był przemyślaną scenografią, a każdy przedmiot rekwizytem wspierającym myśl sączącą się z ust aktorów. Z ich ust. – Wino, które – jeśli pozwolisz sobie na odrobinę uważności – nie da się opisać prostymi epitetami. Ono nie jest po prostu słodkie. Lub gorzkie. Trzeba uciec do słownictwa, którego zwykle używasz w zupełnie innych okolicznościach.
Przerwał, gdy powrócił na stare miejsce, wciąż stojąc i wypełniając intermezzo swojej kwestii, cichutkim ciurkotem ponownie napełnianego kieliszka. Jeśli Erik był jego podczaszym, tak on najwidoczniej został na ten dzień jego kelnerem.
– Kartezjusz uważał, że człowiek składa się z dwóch istot. Z istoty myślącej i rozciągłej. – podjął dalej odstawiając butelkę i przechodząc niespiesznie za niewielką sofę zajmowana przez Erika. Jego wzrok uciekł w kierunku przedpokoju, na ścianę zdobioną milczącą jak dotąd harfą. – Istota rozciągła, to cała nasza powłoka, ciało, które użytkujemy. Istota myśląca zamieszkuje zaś szyszynkę, samo centrum mózgu i lubię... lubię wierzyć, że kiedy zatrzymujesz wino w ustach, pozwalasz tej istocie spróbować go i dać popłynąć myśli. Wspomnieniom, skojarzeniom, marzeniom... A gdy trunek ucieknie przełykiem... karmisz tylko ciało. Och, jak marnie wypada uciecha ciała, wobec rozkoszy intelektu. Zgodzisz się ze mną?– zapytał stojąc tuż za nim, w pewien sposób wymuszając zmianę pozycji, ułożenia głowy czy całego tułowia, jeśli rozmówca chciał na niego patrzeć odpowiadając.