23.03.2024, 14:29 ✶
Po korytarzu na dole krętych schodów poniósł się wesoły, nieco zbyt głośny śmiech Dolohova, wymieszany z cichym chichotem innego chłopaka, ostatecznie zwieńczony krótkim, ucinającym nie do końca legalny, wieczorny wypad na błonia... „dobranoc”. Tak miękkim, że aż dziwiło jak słowa odbiły się od ścian i poniosły się aż do kołatki strzegącej wejścia do dormitorium. Młodziutki pan prefekt musiał być w naprawdę dobrym humorze, ale nic tak nie rujnowało dobrego humoru, jak mus wspięcia się po tych cholernie wysokich, krętych schodach wieży. Rowena Ravenclaw była inteligentna, to nie ulegało jego wątpliwości, ale musiała jak każdy geniusz pomijać w swoim rozumowaniu sprawy oczywiste, tak przynajmniej sądził Dolohov - bo któż inny umieściłby pokoje moli książkowych tak wysoko, zmuszając ich do przynajmniej jednej karkołomnej wspinaczki dziennie. Był mądry, nikt mu tej myśli z głowy nie wytrąci. Był piękny, był gwiazdą tego miejsca, ale... był też koszmarną ofermą. On sobie z tymi schodami radził, ale z ledwością, a to był piąty rok jego edukacji w tym zamku i piąty rok noszenia szaty w kolorach tejże wieży.
Zastukał kołatką o drzwi, ale usłyszawszy zagadkę, nie mógł jeszcze nic z siebie wydusić, bo go tak zmogło od tego wysiłku, że musiał wpierw ułożyć dłonie na kościstych kolanach, zgarbić się i spróbować złapać tchu.
- A więc, Dolohov...? - Pogoniła go kołatka, ale on machnął jeszcze ręką, bo potrzebował jeszcze chwili. - Czy mam powtórzyć?
- Pas... pas Oriona - odburknął wreszcie, a orzełek wydał z siebie dziwny dźwięk, trochę jak cmoknięcie, ale przecież orły nie cmokały, bo nie posiadały warg. Zdezorientowany nie dodał już nic, nie przerywając ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła - pozwolił wejściu otworzyć się z lekkim trzaskiem, po czym wsunął się do środka i zamknął je za sobą, uważając na niepotrzebnie głośne dźwięki, zupełnie jakby przed chwilą nie zmącił spokoju korytarza swoim gromkim śmiechem.
Pokój wspólny był niemalże pusty, dokładnie tak, jak się tego spodziewał o tej godzinie, bo nie była to pierwsza noc, podczas której nie mógł zasnąć, ale... Chyba wolałby, aby na tym spacerze nakryło go więcej twarzy, niż żeby znajdował się tutaj tylko Longbottom. W głowie zabrzęczały mu ostatnie słowa rzucone w jego kierunku: „Nie dosłyszałeś za pierwszym razem? Mogę powtórzyć to jeszcze raz, wolniej, ale gwarantuję, że to będzie bolało”, w związku z tym nie do końca wiedział, w jaki sposób miałby się z nim w ogóle przywitać. Tamten dzień wciąż żył w jego głowie - jego emocje płonęły, czyniły to wspomnienie tak samo intensywnym jak wcześniej. Czy pałał do niego niechęcią? Nie. Ale trochę się go obawiał, bo nikomu wcześniej nie udało się wywołać w nim takich reakcji, z taką łatwością, tak szybko i... Aż mu zadrżała powieka, kiedy do niego dotarło, że musiał kiedyś dostać się do tego przeklętego dormitorium, a to znaczyło, że musiał przejść tuż obok i poradzić sobie z odpowiedzią na pytanie co uczynić z sytuacją, której bardzo, ale to bardzo nie chciał przez ostatni tydzień roztrząsać.
Zastukał kołatką o drzwi, ale usłyszawszy zagadkę, nie mógł jeszcze nic z siebie wydusić, bo go tak zmogło od tego wysiłku, że musiał wpierw ułożyć dłonie na kościstych kolanach, zgarbić się i spróbować złapać tchu.
- A więc, Dolohov...? - Pogoniła go kołatka, ale on machnął jeszcze ręką, bo potrzebował jeszcze chwili. - Czy mam powtórzyć?
- Pas... pas Oriona - odburknął wreszcie, a orzełek wydał z siebie dziwny dźwięk, trochę jak cmoknięcie, ale przecież orły nie cmokały, bo nie posiadały warg. Zdezorientowany nie dodał już nic, nie przerywając ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła - pozwolił wejściu otworzyć się z lekkim trzaskiem, po czym wsunął się do środka i zamknął je za sobą, uważając na niepotrzebnie głośne dźwięki, zupełnie jakby przed chwilą nie zmącił spokoju korytarza swoim gromkim śmiechem.
Pokój wspólny był niemalże pusty, dokładnie tak, jak się tego spodziewał o tej godzinie, bo nie była to pierwsza noc, podczas której nie mógł zasnąć, ale... Chyba wolałby, aby na tym spacerze nakryło go więcej twarzy, niż żeby znajdował się tutaj tylko Longbottom. W głowie zabrzęczały mu ostatnie słowa rzucone w jego kierunku: „Nie dosłyszałeś za pierwszym razem? Mogę powtórzyć to jeszcze raz, wolniej, ale gwarantuję, że to będzie bolało”, w związku z tym nie do końca wiedział, w jaki sposób miałby się z nim w ogóle przywitać. Tamten dzień wciąż żył w jego głowie - jego emocje płonęły, czyniły to wspomnienie tak samo intensywnym jak wcześniej. Czy pałał do niego niechęcią? Nie. Ale trochę się go obawiał, bo nikomu wcześniej nie udało się wywołać w nim takich reakcji, z taką łatwością, tak szybko i... Aż mu zadrżała powieka, kiedy do niego dotarło, że musiał kiedyś dostać się do tego przeklętego dormitorium, a to znaczyło, że musiał przejść tuż obok i poradzić sobie z odpowiedzią na pytanie co uczynić z sytuacją, której bardzo, ale to bardzo nie chciał przez ostatni tydzień roztrząsać.
with all due respect, which is none