Był wieczór. Co prawda poniedziałkowy, ale nadal wieczór. Dodatkowo taki, który miał miejsce w dniu poprzedzającym najpewniej ważny dla miejscowych mecz. Do Kenmare zjechała całkiem spora rzesza fanów obydwu drużyn. Część z nich, bez większych trudności odnalazła drogę do The Horseshoe. Właściciel lokalu mógł być pewnym tego, że całkiem sporo zarobi. Może nawet więcej niż wstępnie zakładał - sądząc po ilości pracowników, którzy urabiali sobie obecnie ręce po same łokcie.
- W porządku. - nie zamierzał go namawiać, żeby jedzenie na wynos zamówić jednak tutaj, w tym konkretnym lokalu. Mogliby na nie dość długo czekać, biorąc pod uwagę ile się wokół działo. Ile zebrało się ludzi. Poszukanie innego miejsca wydawało się w tych okolicznościach lepszym pomysłem. Rozsądniejszym? Zwłaszcza jeśli chcieli zejść z oczu Irlandczykom, z którymi wcześniej siedzieli przy jednym stole.
Nie miał czasu zareagować, kiedy swoje niezadowolenie wyraziła pierw kobieta od kubka z piwem, a następnie jakiś mężczyzna. Przypadkowy? Partner poszkodowanej panny? Nie był w stanie tego stwierdzić. Nie miał takiego oka do tych kwestii jak Richard. Czasami mu nawet tego zazdrościł - umiejętność zdawała się całkiem przydatna.- Wychodzimy? Tak prędko? - podczas gdy Richard starał się przedostać do wyjścia, razem z Robertem, mężczyzna najwyraźniej nie zamierzał odpuszczać. Ot i rycerz od siedmiu boleści. Znalazł się tu, akurat w tym nieszczęsnym The Horseshoe. Złapał Richarda za rękę, nie zamierzając mu pozwolić na to, aby się oddalił. Tak po prostu sobie poszedł. - Nie tak szybko. Pierw przeprosicie panią i odkupicie jej piwo. Ładnie.
Robert aż nie powstrzymał się przed tym, żeby pod nosem wymamrotać kilka mniej cenzuralnych słów. Niezbyt to było wyraźne. W całym zgiełku panującym obecnie w lokalu - nie mogło trafić do niczyich uszu. Tyle tylko, że dla niektórych nie miało to żadnego znaczenia. Albo inaczej. Miało to znaczenie jeszcze większe. Bo jakiś bezczelny anglik właśnie coś na nich pierdolił pod nosem i nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Tak, żeby wszyscy słyszeli. Nie do zaakceptowania, prawda?
- No i co tam mamroczesz pod nosem? Nie masz odwagi, żeby powiedzieć na głos? - zarejestrowawszy to, ich nowy przyjaciel nie mógł tak po prostu zignorować sprawy. Może dlatego, że bardziej niż własny mózg, przemawiały teraz przez niego procenty? To mogłoby wiele wyjaśniać. Tłumaczyć. O ile ktokolwiek byłby obecnie zainteresowany tym, żeby jakichkolwiek wyjaśnień wysłuchać. Roberta dla przykładu, zaczynała właśnie świerzbić ręka. Prawa. Ta, w której zwykł trzymać różdżkę.
Wiele go kosztowało, żeby po nią nie sięgnął. Pierdolić zdrowy rozsądek?
- Mówiłem, że bardzo przepraszam. To był wypadek. - zamiast tego spróbował jakoś załagodzić sytuacje. Odwrócił się w kierunku kobiet oraz mężczyzny. Trochę kłamał, bo żadne przepraszam z jego ust dotąd nie padło. Te, które wypowiedział teraz, też nie było do końca szczere. Przede wszystkim z tego względu, że zdążył się trochę starszy z bliźniaków zagotować. Zdenerwować? Miał chyba do tego prawo.
- Gówno, a nie przepraszam. Czy to brzmiało jak przepraszam, Kay? - zapytał kobiety, która na chwilę oderwała uwagę od swojej bluzki. Od wyklinania na to, że wyglądała teraz okropnie.