Gdyby go ktoś w tym momencie o to zapytał, Robert dałby sobie uciąć rękę, że we wrześniu Sophie miała zacząć swój 6 rok w Hogwarcie. Kolejny, a przy tym jeszcze nie ostatni. Szybko ten czas leciał. Może za szybko? W jego oczach była cały czas dzieckiem. Tylko też... czy to nie jest niejako przypadłość każdego rodzica? Nie tylko tego jednego, noszącego nazwisko Mulciber.
Westchnął. Była uparta. Tak samo uparta, jak... nie, o niej nie zamierzał myśleć.
- Nie musimy się z tym wszystkim śpieszyć. Czas nas jeszcze nie goni. Poza tym, jeśli chcesz rzeczywiście poznać ten biznes, powinnaś zacząć od podstaw. - czy podszedł do niej na poważnie? Mogło się tak wydawać. Mógł sprawić takie wrażenie? Prawda była jednak taka, że nadal był to ten sam tryb spławiania. Tylko podejście nieco inne. Dopasowane do potrzeb chwili? - Richard zajmuje się obecnie pracą w terenie, kontaktuje się z naszymi klientami, ogarnia kolejne zamówienia. Robi to, co najważniejsze. Zadowolony klient, to dobrze prosperujący biznes, Sophie. Nie zapominaj o tym. Wykażesz się na tym polu? To dostaniesz bardziej odpowiedzialne zadania. - ot, zarzucił marchewkę. Tylko czy było to na tyle skuteczne, żeby dziewczyna zdecydowała się przyjąć tę szansę? Tę możliwość poznania rodzinnego biznesu, którą Robert jej właśnie zaoferował? To się miało okazać. Za chwilę. Za moment. - Kto wie? Może szybko zapracujesz sobie na swoisty awans i kolejne obowiązki.
Prawda była taka, że niekoniecznie postrzegał córkę, jako tą, która wszystko po nim przejmie. Niekoniecznie posiadał w tym przypadku inne opcje, ale też ciężko było mu zaakceptować, że wszystko miałoby znaleźć się w rękach kobiety. Nawet jeśli miała to być krew z jego krwi. Dla niego byłoby to równoznaczne z oddaniem tego, na co pracował sam. Na co pracował jego brat. A także - wcześniej - ojciec. Nie był to co prawda jeszcze ten moment, ale kiedyś będzie musiał ten problem rozwiązać. Jakoś. Z głową? Na razie odkładał to na nieokreślone później.