Właściwie to było do przewidzenia, że wypapla Borginowi o wszystkim. Przecież dzielili jedną, albo i nawet więcej, ścian. Nie chciało mu się wierzyć, że taka gorąca ploteczka jak rozróba w Ataraxii musiała trafić do Głębiny i ich właściciela okrężną drogą. Co z tego, że tamto zdarzenie miało miejsce jeszcze przed oficjalnym otwarciem. Pewnie dlatego Louvain nie wspomniał Stanleyowi wcześniej o tym, że jeśli chce pomóc Rosie to powinien włączyć ją do hierarchii póki była ku temu sprzyjająca okazja. Bo dla swojej bandy zrobiłby i o wiele więcej, niż przyjęcie do grona Naśladowców kogoś mieszanej krwi. I pewnie by tak było gdyby nie miał swoich podłych i parszywych intencji wobec ich wspólnej znajomej, dlatego sam zaplanował teatrzyk ze szmalcownikami i całym tym napadem. Wobec swojej zabaweczki miał nieco szersze plany, niż wspólny wypad do Szeptuchy. Musiała jeszcze rozpierdolić przynajmniej jedno fantomowe małżeństwo, ale nie wyprzedzajmy faktów.
Akurat Louvain był mistrzem taktu i gestu, sęk w tym, że jedynie tylko kiedy widział w tym okazję dla siebie. Poza drobnymi wyjątkami jak własna siostra, czy Cynthia, to jego sumienie pozostawało czyste kiedy odstawiał na bok dobre maniery i salonową etykietę, choćby wobec Ambrosie. I tutaj widział też swój ponadczasowy, wręcz progresywny punkt widzenia. Jeśli za kimś nieprzepadał, a wręcz życzył komuś źle, to nie miała znaczenia płeć, pochodzenie, orientacja i inne podziały. Wszystkich wtedy nienawidził tak samo, czyli z całych sił i do szpiku kości, dlatego będzie celował w to co bolało najbardziej z pominięciem wszystkich zasad fair play.
Wysłuchał pytania przyjaciela, żeby z zadziornym uśmieszkiem przeciągnąć te ciszę ile się tylko dało. Potem sięgnął po kufel piwska, najpierw jeden łyk dla spróbowania. Zaskoczony tym, że nie wykręciło go od posmaku podłego spirytu, który spodziewał się wyczuć nawet w piwie, uniósł brwi i mruknął niby z niedowierzaniem. - No, no. Całkiem nie najgorsze. - odpowiedział z zaskoczeniem, jakby nie robiąc sobie nic z tego, że przed chwilą Stanley zapytał go o coś. Przetarł usta rękawem bluzy z resztek pianki po piwie. Upił kilka kolejnych łyków, żeby nie przeciągać konsumpcji jednego piwka bożego w nieskończoność, bo w planach miał jeszcze kilka.
- Powiedzmy, że stworzyłem korzystną sytuację do włączenia Ambrosie w nasze kręgi. Oszczędziłem Tobie kłopotu z przychodzeniem z jej sprawą do mnie, a sobie wstydu z pochylania się nad problemem mieszańca. - wyrzucił w końcu, przerzucając prowokujące spojrzenie na kumpla. Oj to by było zbyt proste gdyby tak zwyczajnie przedstawił całe zajście, krok po kroku.