Na temat ludzi, z którymi współpracował, starał się posiadać możliwie najszerszy zakres informacji. Nie znaczyło to jednak, że wiedział wszystko o każdym. To nie było możliwe - niezależnie od tego ile przeznaczyłby na to czasu, sił, coś zawsze mogło umknąć. Trzeba było ten stan rzeczy zaakceptować.
- Wezmę to pod uwagę. - na dłużej zatrzymał spojrzenie na Rodolphusie. Musiał to sobie na spokojnie przemyśleć. Nie chciał decydować tu i teraz. Zwłaszcza, że czas ich nie gonił. A przynajmniej nie bardziej, niż to miało miejsce do tej pory. Czy aby na pewno mógł zaufać Lestrange w tej materii?
Kwestia dziennikarza... tak, to był pewien problem. Wiele kontaktów, które Robert niegdyś posiadał, nie przetrwało próby czasu. Czy był więc w stanie znaleźć kogoś, kto mógł im w tej konkretnej sprawie pomóc? Pojawiały się schody. Strome. Cholera wie ile było ich do pokonania. Tak całościowo. Łącznie. Będzie musiał znaleźć tutaj jakieś sensowne rozwiązanie. Może to wcale nie powinna była być gazeta? Gdyby tak postawić na inne rozwiązanie? Na razie jednak nie chciał dzielić się tym, co zdawało się kiełkować. Tym niedopracowanym jeszcze pomysłem. Bardziej nawet zarysem czegoś, co pomysłem mogło się dopiero okazać - z biegiem czasu.
- Zastanowię się nad tym. Nad kwestią dziennikarza lub jakiegoś innego rozwiązania, pochylimy się za jakiś czas. Może przy kolejnym spotkaniu. - poinformował.
Dokumentacja związana z sabatem, sposobem zabezpieczenia tego wydarzenia - to nie było coś, co dało się łatwo zdobyć. Robert to rozumiał. Doskonale zdawał sobie z tego faktu sprawę. Nie znaczyło to jednak, że zamierzał odpuszczać. Nie było tak, że istniały zadania niemożliwe do realizacji. Kompletnie niewykonalne. Na te znacznie trudniejsze potrzeba było po prostu więcej czasu. Lepszego przygotowania. Mogli sobie na to wszystko pozwolić. Nic nie stało na przeszkodzie. Albo o niczym takim na ten moment nie wiedział.
- Nie dałoby rady jakoś... Rookwooda pominąć? Może niezbędne informacje wyciągnąć od ludzi, którzy zabezpieczali teren? - zastanowił się. Dał jednak Stanleyowi znać, żeby już na to nie reagował. To też nie był temat na teraz. Gdyby mieli się nad każdą jedną kwestią pochylić podczas tego spotkanie, nie opuściliby tej piwnicy najpewniej przez najbliższy rok. A może nawet i dłużej. na to pozwolić sobie nie mogli. Trzeba było wyznaczyć priorytety i się ich trzymać. To podstawa.
Widmowidz. Ostatnia kwestia. Tym razem faktycznie priorytetowa. Kiedy Stanley skończył, nie odnosił się już bezpośrednio do jego słów. Zamiast tego przeszedł już do końcowego podsumowania. Trzeba było powoli to wszystko zamykać. Kończyć.
- Stanley i ktoś z nas, w ciągu powiedzmy około tygodnia, może trochę mniej, załatwią sprawę z widmowidzem. Następnie wizyta w domu Greybacka. Postaramy się pierw sprawdzić czy teren jest bezpieczny. W międzyczasie warto powęszyć wokół tej sprawy w Ministerstwie. Być może pozwoliłoby to nam zebrać dodatkowe informacje o naszym nieszczęsnym Ulrichu. - na chwilę urwał, spoglądając po zebranych. Czy wszystko było dla każdego zrozumiałe? Wreszcie kontynuował. - Kiedy ogarniemy te kwestie, spróbujemy powęszyć wśród jego bliskich, znajomych, rodziny. O ile uda nam się do nich dotrzeć. - był tutaj dobrej myśli, mieli przecież jakieś tropy, wskazówki. Wiedzieli, w którym miejscu należało szukać. Węszyć. - Zebrane informacje omówimy... - chwilę się zastanawiał. Liczył? Starał się ogarnąć, kiedy sam mógł sobie na kolejne takie spotkanie pozwolić. Bo przecież to nie tak, że tylko sobie siedział we własnym gabinecie, nóżki trzymał na biureczku. Nic z tych rzeczy. - ...wstępnie 20 lipca, nie wykluczam jednak, że termin może zostać przesunięty. O wszystkich odkryciach informujcie mnie na bieżąco.
Wymienili jeszcze kilka uwag. Kilka zdań. Słów. Zajęło im to kolejne minuty. Wreszcie jednak pożegnali się. Rozeszli. Opuścili piwnice, swoistego rodzaju centrum operacyjne, wracając do swoich spraw, zajęć, szarej rzeczywistości? Każdy wiedział, co należało zrobić dalej. Sprawy były jasne.