Prychnęła pod nosem na odpowiedź Geraldine. Jeszcze to wymuszone „kuzynko”, jakby Yaxleyowa musiała podkreślić, że są spokrewnione.
— Przed Yaxleyami żaden zwierz się nie schowa, macie naturalny talent do zabijania wszystkiego, co można sprzedać. — podeszła bliżej lady, spoglądając na podstawioną jej szklankę.
Nie przepadała za alkoholem, a jeśli już, to za tym słodszym, który mile łechtał podniebienie, a nie palił żywym ogniem. Więc co tak właściwie skłoniło ją do napicia się i zajęcia miejsca obok Geraldine?
— Wybacz, zapomniałam ci wysłać pocztówkę z Masai Mara. — rzuciła sarkastycznie, niechętnie siadając obok kobiety i dodała. — Rodzinne sprawy.
Westchnęła, chwytając kieliszek lewą ręką i zaczęła go obracać na boki, jakby nadal się wahała. W tym samym momencie Geraldine mogła zauważyć, jak zza kołnierza Reginy wysuwa się podłużna główka z błyszczącymi ciemnymi oczkami. Ewidentnie smoczognik wyczuł napięcie opiekunki i postanowił sprawdzić, co też takiego się dzieje.
— Jakieś nowe okazy dodałaś do swojej kolekcji nad kominkiem? — ponowna kąśliwa uwaga, której Regina nie mogła sobie darować w rozmowie z Geralidine.