30.03.2024, 13:02 ✶
Dotykał jej. Oplatał ją ramionami, wciąż pozwalał drobnemu ciału spoczywać na swoim, jakby na łóżku. Byli tak blisko jak tylko mogli być, już wcześniej zdawało mu się, że Mills w niego wsiąka. W takim razie, dlaczego wydawało mu się, że dziewczyna zaczynała się od niego oddalać? Dlaczego coraz mocniej czuł, że nie potrafiłby utrzymać jej w tym miejscu, jakby dusza Mildred przelewała mu się przez palce, jakby był sitem...
- Żyjesz - zapewnił ją, zdecydowanym głosem ukrywającym to jak mocno był zdesperowany, aby była to najprawdziwsza z prawd. - I mimo wszystko to wciąż ty. - Mimo tego wszystkiego, o czym dzisiaj myślał, o jej śmierci, potencjalnym odpłynięciu w niebyt. Jeżeli znowu miał te cholerne zwidy, a w rzeczywistości jego siostra nadal leżała w bezruchu zawinięta w szpitalną pościel, to cholera - niech będzie - bo pierwszy raz miało to jakiś sens. Dało mu nadzieję, której potrzebował, żeby dalej wierzyć. - Jestem prawdziwy. - O ile cokolwiek na tym świecie było prawdziwe. Coraz mocniej wątpił w to po iście narkomańskich wizjach, jakich inni Aurorzy doświadczyli (jak to powiedzieli) „podróżując przez Limbo”, ale może... - To jestem ja, Mills. - Ja, kimkolwiek ten Ja był. - Kocham cię. - Nie mówił takich rzeczy często. Właściwie, to inni pewnie powiedzieliby, że nie mówił ich wcale, a na pewno nie na tyle często, aby uznać to za wystarczające. Ale dzisiaj... dzisiaj to mógł być ostatni raz. Ta noc mogła być ostatnim razem, kiedy te słowa do niej dotrą. - I naprawdę chciałbym zrozumieć, gdzie jesteś, kiedy cię ze mną nie ma, gdzie odpływasz... - Uparcie wierzył, że w majakach, jakich doświadczała, on mógłby odnaleźć jakąkolwiek wskazówkę. - Jeżeli tam wrócisz - pociągnął nosem, przerywając wypowiedź. Tak bardzo nie chciał szlochać, walczył ze sobą zaciekle mimo łez spływających mu wciąż po policzkach - Nauczę... nauczę się, czego trzeba, żeby cię stamtąd wyciągnąć. Obiecuję ci to. - I miał nadzieję, że będzie to obietnica, której dotrzyma, ale był przecież żywym, chodzącym dowodem tego, że nie wszystkie klątwy dało się złamać. Niektóre z nich ciążyły na ludziach od dziesiątek, może nawet setek pokoleń i nie dało się ich wyplewić, roznosiły się jak zaraza... Na Morrigan, najgorsze było to, że nie wiedział, od czego zacząć, a wydawało mu się, że poszedł w tym przynajmniej o krok do przodu.
Przesunął palcami po ciemnych włosach, przy następnym ruchu wplótł je pomiędzy nieco poplątane kosmyki i przesunął ich opuszkami po skórze jej głowy.
- Podobno nawet jeżeli zginiemy, to nie jest koniec - chociaż on tak uparcie nie lubił w to wierzyć. Przynajmniej do momentu, w którym zobaczył Lestrange leżącej twarzą w żarze tylko po to, żeby kilka dni późnej spotkać ją na służbie i nasłuchać się o tym, że wszyscy czworo, których wzięli za martwych, doświadczyli jakiegoś dziwnego spotkania z bogami.
- Żyjesz - zapewnił ją, zdecydowanym głosem ukrywającym to jak mocno był zdesperowany, aby była to najprawdziwsza z prawd. - I mimo wszystko to wciąż ty. - Mimo tego wszystkiego, o czym dzisiaj myślał, o jej śmierci, potencjalnym odpłynięciu w niebyt. Jeżeli znowu miał te cholerne zwidy, a w rzeczywistości jego siostra nadal leżała w bezruchu zawinięta w szpitalną pościel, to cholera - niech będzie - bo pierwszy raz miało to jakiś sens. Dało mu nadzieję, której potrzebował, żeby dalej wierzyć. - Jestem prawdziwy. - O ile cokolwiek na tym świecie było prawdziwe. Coraz mocniej wątpił w to po iście narkomańskich wizjach, jakich inni Aurorzy doświadczyli (jak to powiedzieli) „podróżując przez Limbo”, ale może... - To jestem ja, Mills. - Ja, kimkolwiek ten Ja był. - Kocham cię. - Nie mówił takich rzeczy często. Właściwie, to inni pewnie powiedzieliby, że nie mówił ich wcale, a na pewno nie na tyle często, aby uznać to za wystarczające. Ale dzisiaj... dzisiaj to mógł być ostatni raz. Ta noc mogła być ostatnim razem, kiedy te słowa do niej dotrą. - I naprawdę chciałbym zrozumieć, gdzie jesteś, kiedy cię ze mną nie ma, gdzie odpływasz... - Uparcie wierzył, że w majakach, jakich doświadczała, on mógłby odnaleźć jakąkolwiek wskazówkę. - Jeżeli tam wrócisz - pociągnął nosem, przerywając wypowiedź. Tak bardzo nie chciał szlochać, walczył ze sobą zaciekle mimo łez spływających mu wciąż po policzkach - Nauczę... nauczę się, czego trzeba, żeby cię stamtąd wyciągnąć. Obiecuję ci to. - I miał nadzieję, że będzie to obietnica, której dotrzyma, ale był przecież żywym, chodzącym dowodem tego, że nie wszystkie klątwy dało się złamać. Niektóre z nich ciążyły na ludziach od dziesiątek, może nawet setek pokoleń i nie dało się ich wyplewić, roznosiły się jak zaraza... Na Morrigan, najgorsze było to, że nie wiedział, od czego zacząć, a wydawało mu się, że poszedł w tym przynajmniej o krok do przodu.
Przesunął palcami po ciemnych włosach, przy następnym ruchu wplótł je pomiędzy nieco poplątane kosmyki i przesunął ich opuszkami po skórze jej głowy.
- Podobno nawet jeżeli zginiemy, to nie jest koniec - chociaż on tak uparcie nie lubił w to wierzyć. Przynajmniej do momentu, w którym zobaczył Lestrange leżącej twarzą w żarze tylko po to, żeby kilka dni późnej spotkać ją na służbie i nasłuchać się o tym, że wszyscy czworo, których wzięli za martwych, doświadczyli jakiegoś dziwnego spotkania z bogami.
fear is the mind-killer.