30.03.2024, 19:45 ✶
Lorien nigdy nie była szczególną fanką Szkocji.
Zbyt wiele sielsko-wiejskich krajobrazów jak na jej gust. Zbyt wiele gór, lasów i jezior, które przyprawiały ją o dreszcze.
A jednak w tej małej, malowniczo położonej posiadłości, Szkocja zdawała się być nawet znośna. Odcięta od świata zewnętrznego czarownica powoli zaczynała doceniać ciszę i spokój.
Po to tu przecież była. Żeby odbudowywać siebie.
Prawdziwą siebie.
Tak przynajmniej uważała. Ba, przecież to samo twierdził Robert, pojawiający się od czasu do czasu. Ile tych wizyt było tak naprawdę? Nie miała pojęcia. Większość z nich zlewała się w jedną całość, zwłaszcza gdy zastawał ją w stanie agonalnych ataków paniki lub wielogodzinnego letargu.
Od kilku dni Lorien stanowczo zabraniała wpuszczania światła dziennego do biblioteki. Może i czyniło to z niej jedno z nielicznych, wolnych od letnich upałów pomieszczeń w całej posiadłości, ale zamknięte okna powodowały przy okazji okrutny zaduch. Coś co najwyraźniej pani Mulciber kompletnie nie przeszkadzało.
Podobnie zresztą jak warstwa kurzu osiadająca na regałach, księgach i drogocennych drobiazgach zajmujących miejsce w przeszklonych gablotach. Najwyraźniej Selar pozostawiona do pomocy miała absolutny zakaz wstępu do pomieszczenia, choć biedna skrzatka nie potrafiła dokładnie wytłumaczyć „dlaczego”.
Lorien siedziała w jednym z dwóch foteli przy wygaszonym kominku, za jedyne źródło światła mając kilka świec.
Lekki ruch ramion i drgnięcie brwi zdradziły ją od razu – zauważyła obecność swojego gościa. Westchnęła tylko przeciągle, przewracając kolejną stronę.
- Nużąca.- Odpowiedziała szczerze, nawet na moment nie odrywając wzroku od starej książeczki. Pożółkłe kartki, obdrapane tłoczenia złotych liter, czy wytarta na grzbiecie skóra – wszystko to świadczyło wyraźnie, że wolumin wiele już musiał w swoim życiu przeżyć. A mimo to czarownica trzymała go nonszalancko w jednej dłoni, palce drugiej trzymając zaciśnięte na filiżance.- To przedruk z pamiętników Ekrizdisa.
Minęła minuta… Potem kolejna. I jeszcze paręnaście sekund na dokładkę przerwanych upiciem smolistej, czarnej kawy, nim Lorien nareszcie dotarła do końca strony. Dopiero wtedy – usatysfakcjonowana progresem w lekturze i ewidentnie zaintrygowana pytaniem o spacer, odwróciła głowę w stronę drzwi.
Bingo.
Robert trafił na jeden z lepszych dni.
Jeden z tych, gdzie kobieta rzeczywiście przypominała żywą istotę, a nie cień samej siebie. Ułożone włosy; głębokie cienie od nieprzespanych nocy skrywała warstwa makijażu; i na dodatek ta cholerna szminka. To właśnie jej obecność (lub też brak) była najlepszym wyznacznikiem stanu psychicznego Lorien.
O dziwo była nawet ubrana w coś innego niż swój zwiewny peniuar i koszulę nocną. Zupełnie jakby czarownica rzeczywiście włożyła minimum wysiłku choćby w podyktowanie skrzatce co ta powinna wyciągnąć z szafy. A jak o samej Selar mowa…
- Możesz ją odwołać, nie jestem głodna.- Powiedziała łagodnie, unosząc kąciki krwistoczerwonych ust. Pewnie przy dłuższym przekonywaniu dałaby się namówić na wspólną kolację przy winie, ale w tym momencie temat jakichkolwiek posiłków zdawał się dla Lorien nie istnieć.
Podniosła się powoli z fotela, szeleszcząc materiałem zwiewnej szaty po podłodze. Szpilki pozostały porzucone gdzieś obok stolika, na który odłożyła wcześniej książkę. Każdy ruch Lorien zdawał się być przemyślany, uważny, gdy na boso stąpała w stronę okna. Uchyliła fragment zasłony niczym ciekawskie dziecko, zaglądające przez dziurkę do klucza do gabinetu ojca.
- Kwitną już wrzosy?- Zapytała nagle, jakby miało to jakkolwiek pomóc jej podjąć decyzję. Uniosła do ust filiżankę, przytrzymując ramieniem zasłonę, tak by móc jednocześnie delektować się resztką kawy i wyglądać na zewnątrz.
Zbyt wiele sielsko-wiejskich krajobrazów jak na jej gust. Zbyt wiele gór, lasów i jezior, które przyprawiały ją o dreszcze.
A jednak w tej małej, malowniczo położonej posiadłości, Szkocja zdawała się być nawet znośna. Odcięta od świata zewnętrznego czarownica powoli zaczynała doceniać ciszę i spokój.
Po to tu przecież była. Żeby odbudowywać siebie.
Prawdziwą siebie.
Tak przynajmniej uważała. Ba, przecież to samo twierdził Robert, pojawiający się od czasu do czasu. Ile tych wizyt było tak naprawdę? Nie miała pojęcia. Większość z nich zlewała się w jedną całość, zwłaszcza gdy zastawał ją w stanie agonalnych ataków paniki lub wielogodzinnego letargu.
Od kilku dni Lorien stanowczo zabraniała wpuszczania światła dziennego do biblioteki. Może i czyniło to z niej jedno z nielicznych, wolnych od letnich upałów pomieszczeń w całej posiadłości, ale zamknięte okna powodowały przy okazji okrutny zaduch. Coś co najwyraźniej pani Mulciber kompletnie nie przeszkadzało.
Podobnie zresztą jak warstwa kurzu osiadająca na regałach, księgach i drogocennych drobiazgach zajmujących miejsce w przeszklonych gablotach. Najwyraźniej Selar pozostawiona do pomocy miała absolutny zakaz wstępu do pomieszczenia, choć biedna skrzatka nie potrafiła dokładnie wytłumaczyć „dlaczego”.
Lorien siedziała w jednym z dwóch foteli przy wygaszonym kominku, za jedyne źródło światła mając kilka świec.
Lekki ruch ramion i drgnięcie brwi zdradziły ją od razu – zauważyła obecność swojego gościa. Westchnęła tylko przeciągle, przewracając kolejną stronę.
- Nużąca.- Odpowiedziała szczerze, nawet na moment nie odrywając wzroku od starej książeczki. Pożółkłe kartki, obdrapane tłoczenia złotych liter, czy wytarta na grzbiecie skóra – wszystko to świadczyło wyraźnie, że wolumin wiele już musiał w swoim życiu przeżyć. A mimo to czarownica trzymała go nonszalancko w jednej dłoni, palce drugiej trzymając zaciśnięte na filiżance.- To przedruk z pamiętników Ekrizdisa.
Minęła minuta… Potem kolejna. I jeszcze paręnaście sekund na dokładkę przerwanych upiciem smolistej, czarnej kawy, nim Lorien nareszcie dotarła do końca strony. Dopiero wtedy – usatysfakcjonowana progresem w lekturze i ewidentnie zaintrygowana pytaniem o spacer, odwróciła głowę w stronę drzwi.
Bingo.
Robert trafił na jeden z lepszych dni.
Jeden z tych, gdzie kobieta rzeczywiście przypominała żywą istotę, a nie cień samej siebie. Ułożone włosy; głębokie cienie od nieprzespanych nocy skrywała warstwa makijażu; i na dodatek ta cholerna szminka. To właśnie jej obecność (lub też brak) była najlepszym wyznacznikiem stanu psychicznego Lorien.
O dziwo była nawet ubrana w coś innego niż swój zwiewny peniuar i koszulę nocną. Zupełnie jakby czarownica rzeczywiście włożyła minimum wysiłku choćby w podyktowanie skrzatce co ta powinna wyciągnąć z szafy. A jak o samej Selar mowa…
- Możesz ją odwołać, nie jestem głodna.- Powiedziała łagodnie, unosząc kąciki krwistoczerwonych ust. Pewnie przy dłuższym przekonywaniu dałaby się namówić na wspólną kolację przy winie, ale w tym momencie temat jakichkolwiek posiłków zdawał się dla Lorien nie istnieć.
Podniosła się powoli z fotela, szeleszcząc materiałem zwiewnej szaty po podłodze. Szpilki pozostały porzucone gdzieś obok stolika, na który odłożyła wcześniej książkę. Każdy ruch Lorien zdawał się być przemyślany, uważny, gdy na boso stąpała w stronę okna. Uchyliła fragment zasłony niczym ciekawskie dziecko, zaglądające przez dziurkę do klucza do gabinetu ojca.
- Kwitną już wrzosy?- Zapytała nagle, jakby miało to jakkolwiek pomóc jej podjąć decyzję. Uniosła do ust filiżankę, przytrzymując ramieniem zasłonę, tak by móc jednocześnie delektować się resztką kawy i wyglądać na zewnątrz.