- Znaczy... - Znaczy dokładnie tyle, że wiedział i nie potrzebował zapewnień. A jednak to zapewnienie nakłoniło do jakiejś refleksji. Do myśli, że no tak, może zachowywał się głupio, a może to głupie wcale nie było, bo miał serdecznie dość słowa "głupie" - tym bardziej, jeśli odnosiło się to do jego słów, czynów. Jak cię mogę, robił głupie rzeczy, zgoda. Ale do uczuć? Kiedy one nie były jednostajne, jednoznacznie ułożone? Kiedy nie możesz powiedzieć nie, ale jeszcze bardziej nie powiesz "tak"? - Jest jak jest. Nie zamierzam udziwniać i się nadmiernie przejmować. - Odpowiedział nieco gburowatym tonem, nieco rozdrażnionym. I już na nią nie spoglądał, bo przecież ile można znosić tego kontaktu wzrokowego, kiedy był taki... Niepewny. Niepewnie odbierany, bo Victoria lepiej wiedziała co czuła i czego chciała od niego samego.
Jej spokój był cenny, zbyt cenny. Jej uśmiech i jej życie na poziomie wyrównanym było monetami wysyłanymi pod stopy, w których odbiciu się przyglądałeś sobie jak zwykłemu cieniu. Tkwić obok, tak. Trwać w mocy, wnosić nadmiar od siebie, stawać się częścią czyjegoś światami... Nie. To go przerastało. Chyba niekoniecznie potrzebował tego dla siebie samego na obecnym etapie życia.
- Cześć pchlarzu. - Zwierzęta różnie reagowały na jego obecność, ale niekoniecznie od razu uciekały czy na niego syczały. Niektóre dawały się głaskać bardzo ufnie. Sauriel nie ruszył się nawet na milimetr, żeby czasem nie spłoszyć kociaka. Spodnie dzielnie przyjęły kocie igły na siebie, ale część zatrzymała się na jego skórze. W końcu wyciągnął ręce, żeby diabła złapać i z uwielbieniem przesunął palcami po malutkiej kulce. - Zatrudnij kocią opiekunkę. Mają takie do bachorów ludzi, do kociąt na pewno też takie są.