Dał mu tyle czasu, ile tylko potrzebował. Nie popędzał, wychodząc z założenia, że chłopak musi dojść do siebie sam. Musi sam się jakoś pozbierać. Poza tym, odzyskanie równowagi nie stawało się wcale łatwiejsze, kiedy od drugiej osoby słyszałeś powtarzane raz za razem: uspokój się. To nigdy nie działało tak, jak się tego oczekiwało.
- Tak. - potaknął, zachęcając go, żeby kontynuował. Pokiwał głową, kiedy Stanley wspomniał o tym, iż wcześniej upewnił się w tym, że zaklęcie będzie odpowiednio trwałe. Wyglądało na to, że o pewnych rzeczach pomyślał. Niestety jednak, jak pokazały kolejne dni, nie o wszystkich. - Oczywiście... - wymruczał, słysząc o tym, że na polanie ognisk, Stanley miał do wykonania kilka innych zadań. Nie on jeden. Choć czasu minęło sporo, Robert coś niecoś na ten temat nadal pamiętał. O pewnych rzeczach zdecydował wszak sam. - Zrozumiałe... - skomentował wreszcie to, że przecież wszyscy śpieszyli się na sabat. Choć sam Robert nie zwykł tracić na to czasu, to mimo wszystko rozumiał, jak duże znaczenie miało Beltane dla innych. Podobnie jak pozostałe święta.
Stanley wreszcie skończył, a Robert... Robert tradycyjnie już potrzebował chwili dla siebie. Informacji trochę padło, zarazem jednak nie były to odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zadał chłopakowi. Przeoczył część z nich? Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie? Teraz w zasadzie nie było to jakoś szczególnie istotne. Liczyło się jedynie to, żeby jakoś poukładać fakty. Ustalić jakie było ich położenie.
- Pamiętasz, od kogo brałeś w tamtym dniu korespondencje? Kto konkretnie był w pracy? - zadał pytanie. Jeśli Stanley wiedział, to dał mu dość czasu na udzielenie odpowiedzi. Jeśli pewny tego nie był, będą musieli te informacje uzyskać inną drogą. Potrzebowali dostać się do nich, aby ustalić, kto mógł wsypać Borgina. Aby stworzyć wstępną listę osób podejrzanych. - I rozmowa z Harper? Cokolwiek powiedziała? Jak wyglądała? - na razie nie był pewien o co należało w tym przypadku zapytać, czym się zainteresować. Potrzebował zebrać podstawowe informacje, aby wykonać kolejne kroki. Podjąć na ich podstawie pewne decyzji. Określone działania. - Czy padło podczas tego przesłuchania coś, co mogłoby nas zainteresować? Albo może... coś takiego się wydarzyło? - wyraźnie zaakcentował swoje ostatnie słowa. Bo liczyło się nie tylko to, co opuściło usta szefowej Biura Aurorów. Znaczenie miały również jej gesty. Postawa. Zachowania. Warto się zastanowić nad tym, w jaki sposób funkcjonowała. Prowadziła rozmowę. Reagowała na całą tą sytuacje. Ostatecznie przecież otrzymała w prezencie odciętą głowę! A to nie było czymś, obok czego można było przejść obojętnie. Tak po prostu. Robert zakładał, że tego rodzaju sytuacje nie mogłyby nie mieć dla kogoś żadnego znaczenia. Nie mogłyby nie mieć na daną osobę żadnego wpływu.
Chyba, że dana osoba była cholernym psychopatą.