Kraje północne znacznie różnią się klimatem od położonych na południu, pod zwrotnikiem umiarkowanym. Gdzie tam były wysokie temperatury, tak tutaj ledwie kiedykolwiek dochodziło do dwudziestu stopni. Może latem. Jak na marzec, śnieg gdzieniegdzie dawał po sobie znać. Nie topniał. Ujemne temperatury utrzymywały go w dobrym stanie. Pilnowano jedynie, aby wszelkie drogi i przejścia, chodniki były odśnieżone na tyle, aby nie stanowiły problemu przejścia i przejazdu.
W większości Ministerstwa Magii funkcjonowały tak samo. Może i podobnie, z podziałem na departamenty. Być może inaczej nazywane. Wiele z nich działało na tych samych zasadach. Mając swoich ludzi do zajmowania skarbem, prawem, osądzaniem, pilnowaniem czy wspieraniem, dawaniem czy nawet i zabieraniem.
W ostatnich dniach swojej pracy, brygadziści trafili na interesującego przemytnika. Gdzie wezwano jeden z patroli na skontrolowanie miejsca i przesłuchanie podejrzanego. Od razu stwierdzono, że anglik, amerykanin? Język podobny. Nie bez powodu wezwano w tym składnie aurorskim Mulcibera, który bez problemu mógł robić nawet za tłumacza. Artefakt, który miał przemycić, został zabezpieczony a sam sprawca, osadzony w areszcie na czas wyjaśnienia sprawy. Nie był zbyt rozmowny. Nie bardzo chciał współpracować. Próbował kręcić. Kiedy jednak Richard zaczął podczas przesłuchiwania sięgać po metody zastraszania, widział w nim złamanie. Lęk. Dał mu jednak czas, aby zastanowił się nad swoim losem i zaczął w końcu gadać.
W obecnej chwili, Richard ubrany w mundur aurora, z lekkim zarostem na twarzy, stał gdzieś z boku z dwoma kolegami. Zrobili sobie przerwę na papierosa. Przy okazji komentując sobie politykę tutejszego kraju. Słuchając przy okazji przygody jednego z nich, o amatorskiej próbie dokonania zabójstwa. Która zakończyła się niepowodzeniem.
Szanownego anglika, który oświadczył, że jest wysłannikiem angielskiego Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, po dokonaniu pewnych formalności, zaprowadzono do Biura Aurorów. Wstępnie odbył rozmowę z szefem biura, który skierował się z nim do obecnych na miejscu aurorów, którzy nie pełnili teraz służby w terenie, ale w biurze.
- Mulciber.Usłyszawszy swoje nazwisko, Richard skierował wzrok na szefa.
- Pan Shafiq, z Angielskiego Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziei, przyszedł w sprawie Johna Smitha, którego zatrzymaliście kilka dni temu.
”Shafiq…” – powtórzył w myślach. Kojarzył nazwisko. Jak szef mówi, trzeba działać. Zaciągnął się ostatni raz i zgasił papierosa w popielniczce. Wypuścił dym, zbliżając się do szefa i przybyłego gościa.
- Przyjmę.
Oznajmił szefowi i odebrał od niego teczkę ze sprawą.
- Zapraszam.
Z lekkim, uprzejmym uśmiechem a także gestem wyciągniętej dłoni wskazując kierunek, zaprosił gościa do swojego biurka, które znajdowało się w znacznie dalszej części dużego biura aurorów. Szef zatem zostawił ich i wrócił do swoich obowiązków. Panowie mogli przejść niezbyt długi korytarz, mijając inne biurka aurorów i Brygadzistów. Zajęte czy nawet i puste. Część pracowała w terenie, inni mieli wolne. A jeszcze inni mieli inną zmianę. Cała ta wymiana zdań, odbywała się w języku norweskim.