04.04.2024, 22:31 ✶
Mama jej często powtarzała, żeby nie siadała na zimnym bo wilka dostanie.
A ona, oczywiście, nigdy jej wtedy nie słuchała.
Dlatego pewnie teraz siedziała w kabinie łazienki na pierwszym piętrze, przed samym wejście do kibla odgrywając swój mały taniec niezdecydowania, bo nigdy nie chciała korzystać akurat z tego miejsca. Wizja, że ją tutaj ta Marta napadnie, niezmiennie napełniała ją wątpliwościami i nakłaniała do zbyt długich rozważań, czy na pewno nie uda jej się doczłapać piętro wyżej lub niżej. Ale schody były zdradliwe i zwyczajnie robiły jej na złość, zmieniając swoje ustawienie tak, żeby doszła w miejsce, które było jej absolutnie nie po drodze.
Teoretycznie już dawno mogła i powinna z resztą wyjść z zajmowanej przez nią kabiny, ale kiedy tylko pociągnęła za spłuczkę, usłyszała jak ktoś do łazienki wchodzi. Minęło parę sekund, potem parę minut i McKinnon z każdą kolejną chwilą było coraz głupiej wyjść z ukrycia, tym bardziej że miała wrażenie że kojarzy obijające się od kafelek głosy.
Dodatkowo, jeden z tych głosów należał do chłopaka i początkowo to szczerze wierzyła w to, że za tymi drzwiami to się będą rozgrywać jakieś podboje i niekoniecznie chciała tej parce przerywać w tej wiekopomnej chwili, bo kimże ona była, żeby niszczyć dziewczynom ich miłosne podboje w kiblu. Ale potem zaczęli gadać o pentagramach, runicznych inkantacjach i znakach, przetykając to wszystko dywagacjami na temat tego, czy starczy im czerwony pisak czy może jednak należy z kogoś upuścić krwi.
Rosie była tolerancyjna, ale ten ostatni element nieco ją zaniepokoił, bo jeśli miał się sprawdzić, to ona była tutaj potencjalną ofiarą numer jeden, biorąc pod uwagę że znajdowała się na miejscu i przypadkiem podsłuchiwała właśnie rozmowę, której na bank nie powinna.
Dlatego podciągnęła nogi pod brodę, siedząc na klapie od kibla i zastanawiając się, jak właściwie powinna z tej sytuacji wybrnąć, czy długo jeszcze i że głos Mulcibera jak zawsze brzmiał niezwykle irytująco.
A ona, oczywiście, nigdy jej wtedy nie słuchała.
Dlatego pewnie teraz siedziała w kabinie łazienki na pierwszym piętrze, przed samym wejście do kibla odgrywając swój mały taniec niezdecydowania, bo nigdy nie chciała korzystać akurat z tego miejsca. Wizja, że ją tutaj ta Marta napadnie, niezmiennie napełniała ją wątpliwościami i nakłaniała do zbyt długich rozważań, czy na pewno nie uda jej się doczłapać piętro wyżej lub niżej. Ale schody były zdradliwe i zwyczajnie robiły jej na złość, zmieniając swoje ustawienie tak, żeby doszła w miejsce, które było jej absolutnie nie po drodze.
Teoretycznie już dawno mogła i powinna z resztą wyjść z zajmowanej przez nią kabiny, ale kiedy tylko pociągnęła za spłuczkę, usłyszała jak ktoś do łazienki wchodzi. Minęło parę sekund, potem parę minut i McKinnon z każdą kolejną chwilą było coraz głupiej wyjść z ukrycia, tym bardziej że miała wrażenie że kojarzy obijające się od kafelek głosy.
Dodatkowo, jeden z tych głosów należał do chłopaka i początkowo to szczerze wierzyła w to, że za tymi drzwiami to się będą rozgrywać jakieś podboje i niekoniecznie chciała tej parce przerywać w tej wiekopomnej chwili, bo kimże ona była, żeby niszczyć dziewczynom ich miłosne podboje w kiblu. Ale potem zaczęli gadać o pentagramach, runicznych inkantacjach i znakach, przetykając to wszystko dywagacjami na temat tego, czy starczy im czerwony pisak czy może jednak należy z kogoś upuścić krwi.
Rosie była tolerancyjna, ale ten ostatni element nieco ją zaniepokoił, bo jeśli miał się sprawdzić, to ona była tutaj potencjalną ofiarą numer jeden, biorąc pod uwagę że znajdowała się na miejscu i przypadkiem podsłuchiwała właśnie rozmowę, której na bank nie powinna.
Dlatego podciągnęła nogi pod brodę, siedząc na klapie od kibla i zastanawiając się, jak właściwie powinna z tej sytuacji wybrnąć, czy długo jeszcze i że głos Mulcibera jak zawsze brzmiał niezwykle irytująco.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror