05.04.2024, 01:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2024, 01:36 przez Cedric Lupin.)
Starał się zachować spokój, ale było to nad wyraz trudne zadanie. Na co dzień zajmował się pomaganiem ludziom, ale zazwyczaj właśnie do tego ograniczały się jego zdolności społeczne. Przebadać, zdiagnozować, wyleczyć. Jasne, nierzadko rozmawiał z pacjentami, ale traktował to jako część pracy. Ludzie nierzadko byli smutni i przybici, a Cedric naprawdę nie miał serca zostawić ich w potrzebie, jakiejkolwiek. W sumie to nawet ciekawe, że w takich momentach potrafił przynajmniej jako tako utrzymać fason, a gdy przychodziło do relacji ze znajomymi, sytuacja obierała absolutnie odwrotny kierunek. Bo tak, miał grono znajomych, ale nigdy nie czuł się tam w pełni sobą. Nie, żeby kogoś tam nie lubił, nic z tych rzeczy. Po prostu wolał słuchać niż mówić, a nierzadko była od niego wymagana właśnie ta druga czynność. Nie był szczególnie dobry w mówieniu o samym sobie, bo też nigdy nie uważał się za kogoś godnego uwagi. Po prostu pracował w Mungu, robił swoje — tyle. Naprawdę nie było o czym mówić. Poza tym nieszczególnie umiał się wyluzować i bawić, nie mówiąc już o piciu.
Dlaczego więc zgodził się na wyjście do baru z Vioricą? Przez kilka ostatnich dni zadał sobie to pytanie tyle razy, że niejako wypaliło się w jego podświadomości. Zazwyczaj unikał wieczornych wypadów na miasto, a jednak dzisiaj postanowił to zmienić, a to nawet nie była najdziwniejsza część tego wszystkiego. Pomimo stresu czuł bowiem również podekscytowanie. Czuł się z tym dziwnie, nawet źle. Głównie z powodu byłej już dziewczyny, którą dalej nie do końca wyrzucił z głowy. Wyprowadziła się i zerwali kontakt, ale nawet mimo tego każdy poranek zaczynał od odtwarzania w głowie rozmowy, która to wszystko zakończyła. Obwiniał się o tę sytuację i wizja czegokolwiek, co przynosiło nawet odrobinę przyjemności, paliła niczym rozgrzane żelazo. Bo jak mógł cieszyć się życiem, gdy wszystko zaprzepaścił? Zwłaszcza z kimś takim jak Vio. Im dłużej o niej myślał, tym więcej wspomnień z przeszłości do niego wracało. Powiększało to i tak ogromne już wyrzuty sumienia, ale nie potrafił się powstrzymać. W jego głowie pojawiło się nawet nieśmiałe pytanie "co by było gdyby".
Rzeczywistość bardzo szybko to zweryfikowała. Nie stałoby się absolutnie nic. Już strofowanie w Mungu zbiło go trochę z pantałyku, ale dzisiaj czuł się absolutnie zagubiony. Jej strój, zachowanie, gesty... nawet sam uśmiech! Dosłownie w każdy możliwy sposób uświadamiała mu, że powinien sobie odpuścić. Po prostu nie miał szans u kogoś takiego jak ona. Zresztą, tak czy siak nie mógł. Pierścionek, który zakupił na licytacji Longbottomów zakopał głęboko w kufrze, ale z myśli nie udało mu się go wyrzucić. Był drobny, ale przygniatał jego świadomość, tworząc niewiele przestrzeni na cokolwiek innego.
Jej śmiech był nagły, niespodziewany, ale i niezwykle przyjemny. Nie spodziewał się tego tak bardzo, że na chwilę zapomniał o wszystkim innym, po prostu ciesząc się chwilą. Zmarszczone czoło nieco się wygładziło, w oczach zapaliły się niewielkie iskierki. Zupełnie inny człowiek, pytanie jednak, na jak długo. — Czyli po wszystkim będę mógł wrócić do pracy? To dobrze. Bałem się, że to wyjście to jakaś wyszukana pułapka. Wiesz, wyciągnęłaś mnie z pracy i teraz zmusisz do urlopu — odparł, mimowolnie się przy tym uśmiechając. Przez chwilę analizował jeszcze wzmiankę o dobrej zabawie. Nawet nie wiedział, od czego miałby zacząć, ale skoro ona wie. Może mógł spróbować? Bo co złego mogło się niby zdarzyć? — Natomiast co do zabawy... niech będzie. Chociaż muszę cię uprzedzić, że dawno już nie wychodziłem na miasto. No i marny ze mnie przeciwnik, gdy chodzi o picie alkoholu — dodał jeszcze. Przy tym ostatnim, jego głos znowu brzmiał nieco niepewnie, ostrożnie. Uśmiech jednak pozostał, przynajmniej na ten moment. Czuł się zaskakująco miło.
— Z rodziną widzę się na co dzień. Po pracy często pomagam rodzicom w aptece, z rodzeństwem rozmawiam... prawie codziennie? Ze znajomymi pewnie się spotkamy za jakiś czas. Poza tym... — W trakcie całej rozmowy był nieco zamyślony i uśmiechnięty, ale teraz jego twarz nagle przygasła. Znowu poruszył ten jakże drażliwy i bolesny temat. Tyle dobrego, że tym razem doszedł do siebie wręcz zaskakująco szybko. — Poza tym nie mam nikogo — skwitował, czując w ustach gorycz, gdy wypowiadał ostatnie słowo.
Z całego tego zaaferowania nawet się nie zorientował, kiedy Vio zapłaciła za ich drinki. Zrobiło mu się głupio. Naprawdę nie chciał żerować na jej pieniądzach, w końcu miał swoje. Starał się znowu skupić na tu i teraz, ale było nieco ciężko. Słuchaj, ale część jego świadomości tkwiła teraz przed ścianą, wpatrując się w nicość. — Cieszy mnie, że mogłem pomóc. Gdyby potrzebowała pani kolejnej recepty, proszę się zgłosić do mojego gabinetu — rzucił, próbując żartem wyrwać się z tego marazmu, ale wyszło mu to nieco mizernie, chyba. W tym stanie ciężko było mu cokolwiek uznać jako pewnik.
Nieco się spocił, gdy spytała o wychodzenie o normalnych godzinach, z ulgą przyjmując zmianę tematu. Jeśli nie chciała ciągnąć tematu nadgodzin, z radością się do tego dostosował. — Tak, dotarłem do domu... prawie? Zasnąłem na schodach w aptece, ale to zasadniczo część domu, także... — mówił, ale im głębiej w to brnął, tym bardziej wiedział, że właśnie jej podpadł. Zapewne to skutek jego aktualnego nastroju, ale poczuł się z tym strasznie źle. Na tyle, że nie do końca myślał, co robi, gdy sięgał po kieliszek. Bezmyślnie przechylił szkło, wlewając w siebie całość za jednym razem. Przełknął to, ale smak alkoholu i słodyczy, który pojawił się zaraz po tym, sprawił, że zaczął gwałtownie kaszleć. — Ja... — zaczął, próbując się uspokoić. Dopiero po kilku długich chwilach jako tako zebrał się w sobie. Z tego wszystkiego był trochę zaczerwieniony, ale najbardziej odczuwał zawstydzenie. — Ja... um... następna kolejka na mnie, okey? — rzucił w końcu, patrząc na nią oczami, z których wręcz wylewał się wstyd.
Dlaczego więc zgodził się na wyjście do baru z Vioricą? Przez kilka ostatnich dni zadał sobie to pytanie tyle razy, że niejako wypaliło się w jego podświadomości. Zazwyczaj unikał wieczornych wypadów na miasto, a jednak dzisiaj postanowił to zmienić, a to nawet nie była najdziwniejsza część tego wszystkiego. Pomimo stresu czuł bowiem również podekscytowanie. Czuł się z tym dziwnie, nawet źle. Głównie z powodu byłej już dziewczyny, którą dalej nie do końca wyrzucił z głowy. Wyprowadziła się i zerwali kontakt, ale nawet mimo tego każdy poranek zaczynał od odtwarzania w głowie rozmowy, która to wszystko zakończyła. Obwiniał się o tę sytuację i wizja czegokolwiek, co przynosiło nawet odrobinę przyjemności, paliła niczym rozgrzane żelazo. Bo jak mógł cieszyć się życiem, gdy wszystko zaprzepaścił? Zwłaszcza z kimś takim jak Vio. Im dłużej o niej myślał, tym więcej wspomnień z przeszłości do niego wracało. Powiększało to i tak ogromne już wyrzuty sumienia, ale nie potrafił się powstrzymać. W jego głowie pojawiło się nawet nieśmiałe pytanie "co by było gdyby".
Rzeczywistość bardzo szybko to zweryfikowała. Nie stałoby się absolutnie nic. Już strofowanie w Mungu zbiło go trochę z pantałyku, ale dzisiaj czuł się absolutnie zagubiony. Jej strój, zachowanie, gesty... nawet sam uśmiech! Dosłownie w każdy możliwy sposób uświadamiała mu, że powinien sobie odpuścić. Po prostu nie miał szans u kogoś takiego jak ona. Zresztą, tak czy siak nie mógł. Pierścionek, który zakupił na licytacji Longbottomów zakopał głęboko w kufrze, ale z myśli nie udało mu się go wyrzucić. Był drobny, ale przygniatał jego świadomość, tworząc niewiele przestrzeni na cokolwiek innego.
Jej śmiech był nagły, niespodziewany, ale i niezwykle przyjemny. Nie spodziewał się tego tak bardzo, że na chwilę zapomniał o wszystkim innym, po prostu ciesząc się chwilą. Zmarszczone czoło nieco się wygładziło, w oczach zapaliły się niewielkie iskierki. Zupełnie inny człowiek, pytanie jednak, na jak długo. — Czyli po wszystkim będę mógł wrócić do pracy? To dobrze. Bałem się, że to wyjście to jakaś wyszukana pułapka. Wiesz, wyciągnęłaś mnie z pracy i teraz zmusisz do urlopu — odparł, mimowolnie się przy tym uśmiechając. Przez chwilę analizował jeszcze wzmiankę o dobrej zabawie. Nawet nie wiedział, od czego miałby zacząć, ale skoro ona wie. Może mógł spróbować? Bo co złego mogło się niby zdarzyć? — Natomiast co do zabawy... niech będzie. Chociaż muszę cię uprzedzić, że dawno już nie wychodziłem na miasto. No i marny ze mnie przeciwnik, gdy chodzi o picie alkoholu — dodał jeszcze. Przy tym ostatnim, jego głos znowu brzmiał nieco niepewnie, ostrożnie. Uśmiech jednak pozostał, przynajmniej na ten moment. Czuł się zaskakująco miło.
— Z rodziną widzę się na co dzień. Po pracy często pomagam rodzicom w aptece, z rodzeństwem rozmawiam... prawie codziennie? Ze znajomymi pewnie się spotkamy za jakiś czas. Poza tym... — W trakcie całej rozmowy był nieco zamyślony i uśmiechnięty, ale teraz jego twarz nagle przygasła. Znowu poruszył ten jakże drażliwy i bolesny temat. Tyle dobrego, że tym razem doszedł do siebie wręcz zaskakująco szybko. — Poza tym nie mam nikogo — skwitował, czując w ustach gorycz, gdy wypowiadał ostatnie słowo.
Z całego tego zaaferowania nawet się nie zorientował, kiedy Vio zapłaciła za ich drinki. Zrobiło mu się głupio. Naprawdę nie chciał żerować na jej pieniądzach, w końcu miał swoje. Starał się znowu skupić na tu i teraz, ale było nieco ciężko. Słuchaj, ale część jego świadomości tkwiła teraz przed ścianą, wpatrując się w nicość. — Cieszy mnie, że mogłem pomóc. Gdyby potrzebowała pani kolejnej recepty, proszę się zgłosić do mojego gabinetu — rzucił, próbując żartem wyrwać się z tego marazmu, ale wyszło mu to nieco mizernie, chyba. W tym stanie ciężko było mu cokolwiek uznać jako pewnik.
Nieco się spocił, gdy spytała o wychodzenie o normalnych godzinach, z ulgą przyjmując zmianę tematu. Jeśli nie chciała ciągnąć tematu nadgodzin, z radością się do tego dostosował. — Tak, dotarłem do domu... prawie? Zasnąłem na schodach w aptece, ale to zasadniczo część domu, także... — mówił, ale im głębiej w to brnął, tym bardziej wiedział, że właśnie jej podpadł. Zapewne to skutek jego aktualnego nastroju, ale poczuł się z tym strasznie źle. Na tyle, że nie do końca myślał, co robi, gdy sięgał po kieliszek. Bezmyślnie przechylił szkło, wlewając w siebie całość za jednym razem. Przełknął to, ale smak alkoholu i słodyczy, który pojawił się zaraz po tym, sprawił, że zaczął gwałtownie kaszleć. — Ja... — zaczął, próbując się uspokoić. Dopiero po kilku długich chwilach jako tako zebrał się w sobie. Z tego wszystkiego był trochę zaczerwieniony, ale najbardziej odczuwał zawstydzenie. — Ja... um... następna kolejka na mnie, okey? — rzucił w końcu, patrząc na nią oczami, z których wręcz wylewał się wstyd.