Dolohov nic sobie nie robił z tego, że złamał szkolny regulamin, bo szczerze wierzył we własną niekaralność. Choćby i w jakiś sposób został na tym przyłapany przez kogoś, kto faktycznie chciał zrobić z tym coś więcej, nie miał żadnych podstaw aby sądzić, iż nie uda mu się z tego wyłgać lub odpracować tego w inny sposób niż nudny szlaban, chociaż i to wydawało się być małą karą, bo mimo ekstrawertycznej natury nakazującej mu przebywać w tłumie, wciąż potrafił się wyciszyć i skupić na nauce. Powód tego był zabójczo prosty - z cichymi, mądrymi ludźmi przebywało mu się najlepiej. Dawali mu przestrzeń do wylewania charakterystycznych dla siebie, irytujących potoków słów. Dzielili się z nim spostrzeżeniami, dawali dobre, rzetelne uwagi napędzające jego dalsze rozważania. Inni uczniowie byli ciekawymi obiektami badań, zabawkami, sposobami na zabicie czasu. Lubił widzieć jak silną stanowił dla nich inspirację, ale... To nie było to. Przepis na jego życie, to w którym się nimi otaczał, był najzwyczajniej w świecie receptą na doskwierającą mu samotność. Przez ostatnich pięć lat w Hogwarcie zdobył wielu przyjaciół, ale przyjacielem nazywali go oni. Najprawdziwszą i najszczerszą więź emocjonalną Dolohov utworzył z pająkiem wiszącym nad jego łóżkiem w Dormitorium. Pierwszego dnia chciał go zabić, ale nie mógł go znaleźć. A później nadał mu imię Patrick i nawet kiedy wrócił, nie potrafił zdzielić go trzymaną w dłoni ciżemką, bo przecież nie zabijałby pająka tylko Patricka, a to brzmiało już jakoś... Dziwniej. Gdyby tylko odnalazł w sobie tyle empatii do ludzi, to może zamiast wegetarianinem zostałby dobrym człowiekiem?
Zmrużył oczy, kiedy Longbottom oddał się modlitwie. Nie był w stanie zrozumieć zwracania się w ten sposób do legend i domniemanych innych bytów, ale wiedział o tendencji do wierzenia w rzeczy nadprzyrodzone, jakby miały nad nimi jakąś władzę. To był najbardziej podatny grunt na jego durne gry. Tym się jednak różnił od wyimaginowanych twórców i opiekunów świata, że istniał. Był tu, oddychał, podejmował decyzje i posiadał w sobie tak wiele energii, aby mieć realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość.
- Jeszcze kilka sekund temu wątpiłem, ale Atena powiedziała mi, że było warto - odparł z drwiną, lekko zawiedziony faktem, iż nie udało mu się przejść tędy bez zwracania na siebie jego uwagi. Nie był na to gotowy. Czuł to w nogach, kiedy tylko postawił kilka kroków do przodu. Były wiotkie. Czuł to w rękach, mrowiących go bez żadnego konkretnego konkretnego powodu. Na skórze policzków, piekącą go teraz, jakby szczypał go mróz. Nie rozumiał, dlaczego właściwie reagował na niego w ten sposób? To jakiś czar, złośliwe zaklęcie? Magia, przez którą kilka dni temu nie mógł zasnąć nawet po wypiciu eliksiru. Przygryzł wargę, odwracając na moment wzrok. - Znam lepszych bogów, jeżeli lubisz modlić się nad kartami tarota - rzucił nagle, chociaż wcześniej sprawiał wrażenie, jakby miał minąć Morpheusa i iść spać. Tak, miał na myśli siebie. Stanął w bezruchu, w połowie drogi do schodów prowadzących na górę. Posąg Roweny zdawał się patrzeć na niego z jakąś ukrytą pogardą za to, że nie potrafił się powstrzymać, a przecież miał być jednym z tych najmądrzejszych.
Zmrużył oczy, kiedy Longbottom oddał się modlitwie. Nie był w stanie zrozumieć zwracania się w ten sposób do legend i domniemanych innych bytów, ale wiedział o tendencji do wierzenia w rzeczy nadprzyrodzone, jakby miały nad nimi jakąś władzę. To był najbardziej podatny grunt na jego durne gry. Tym się jednak różnił od wyimaginowanych twórców i opiekunów świata, że istniał. Był tu, oddychał, podejmował decyzje i posiadał w sobie tak wiele energii, aby mieć realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość.
- Jeszcze kilka sekund temu wątpiłem, ale Atena powiedziała mi, że było warto - odparł z drwiną, lekko zawiedziony faktem, iż nie udało mu się przejść tędy bez zwracania na siebie jego uwagi. Nie był na to gotowy. Czuł to w nogach, kiedy tylko postawił kilka kroków do przodu. Były wiotkie. Czuł to w rękach, mrowiących go bez żadnego konkretnego konkretnego powodu. Na skórze policzków, piekącą go teraz, jakby szczypał go mróz. Nie rozumiał, dlaczego właściwie reagował na niego w ten sposób? To jakiś czar, złośliwe zaklęcie? Magia, przez którą kilka dni temu nie mógł zasnąć nawet po wypiciu eliksiru. Przygryzł wargę, odwracając na moment wzrok. - Znam lepszych bogów, jeżeli lubisz modlić się nad kartami tarota - rzucił nagle, chociaż wcześniej sprawiał wrażenie, jakby miał minąć Morpheusa i iść spać. Tak, miał na myśli siebie. Stanął w bezruchu, w połowie drogi do schodów prowadzących na górę. Posąg Roweny zdawał się patrzeć na niego z jakąś ukrytą pogardą za to, że nie potrafił się powstrzymać, a przecież miał być jednym z tych najmądrzejszych.
with all due respect, which is none