07.04.2024, 19:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2024, 20:07 przez Anthony Shafiq.)
– Oczywiście, że brałem udział w takiej inscenizacji, choć... cóż, mina pełna zwątpienia co do zbroi i miecza, jest jak najbardziej zasadna, ale turnieje rycerskie to nie tylko championi. Raz jeden udało mi się zgrać terminy i występowałem w roli szwajcarskiego kupca, jeśli już musisz wiedzieć. – sprostował, nie kryjąc rozbawienia, ale i dumy z tej opowieści. Był ekscentryczny, mógł na to sobie pozwolić, z drugiej strony nie była to powszechna wiedza na jego temat.
– Mój zawód... jest specyficzny i wymaga sporej wprawy. Mam w pamięci, że każdej ze stron po prostu na czymś zależy i warto zamiast toczyć pojedynki dojść do tego kluczowego optimum porozumienia, zaspokojenia wzajemnie potrzeb, bez większego poświęcenia. Oczywiście, czasem rozwiązania pacyfistyczne nie wchodzą w grę, ale... cóż, zawsze warto próbować. – zdawał się mówić szczerze o swojej pracy, choć z drugiej strony nie było to miejsce i czas, aby dzielić się cieniami ów "zawodu". – A jeśli chodzi o asy w rękawie, czy uspokoi Cię informacja, że zawsze stawiałem na dobrą obronę, zamiast podstępną ofensywę? – Przepastne szare oczy zdawały się być jakieś onieśmielone własnym pytaniem, zupełnie jakby Anthony był niepewny zarówno odpowiedzi, jak i tego, czy Erik w ogóle da wiarę jego słowom. Wszak widział go podczas negocjacji, wiedział, że pod tą maską miękkości kryje się rekin, który nie odpuszcza. I bez specjalistycznej wiedzy, słuchając trzy po trzy z opowieści podczas lunchów, Longbottom mógł wywnioskować, że Włosi zgodzili się na więcej niż chcieli dać za mniej niż Anglia początkowo chciała im dać. Przynajmniej oficjalnie... – Ostatecznie – podjął znów z miękką melancholią – wszyscy jesteśmy aktorami na scenie życia, próbującymi jakoś odnaleźć się w scenariuszu pisanym przez Los.
Był ożywiony gdy opowiadał treść nadchodzącego spektaklu, ale też w żaden sposób nie dał odczuć Erikowi, żeby jego głos był niemile widziany. Wręcz przeciwnie, przylepił się do kilku słów, kiwając głową i wchodząc w detale nie tak przecież skomplikowanych relacji: – To prawda, Jago od dawna zazdrościł Otellowi sukcesów. W oryginalnej sztuce, zazdrościł mu przede wszystkim Desdemony, bo też konkurował o jej rękę, librecista Verdiego zmienił jednak motywację, ale o tym, o tym opowiem Ci przed drugim aktem, bo z pewnością będziemy mieć małą przerwę na odetchnięcie, może kieliszek wina, żeby zwilżyć usta i zmiękczyć dusze na nadchodzące tragedie? – zaproponował.
Podobnie z lubością podjął nić dyskusji na temat rozwoju i pokory. Kto znał Anthony'ego krótko i powierzchownie, mógł myśleć, że dopchał się do stanowiska nepotyzmem, cwaniactwem i ładną buzią. Kto znał go dłużej, znał koszt, lata wyrzeczeń i obelg ze strony ojca, które Shafiq znosił bez słowa skargi. Przynajmniej bez słowa oficjalnej, publicznej skargi.
– Pycha kroczy przed upadkiem, staram się jak mantrę powtarzać to sobie jako modlitwę przed snem. Czy wiedziałeś, że kiedyś w Imperium, władcy mieli specjalnych ludzi, których jedynym zdaniem było delikatnym dzwonkiem przypominać im podczas podejmowanych decyzji "Jesteś tylko człowiekiem". Niestety Ci, którzy sądzili że są bogami, zrezygnowali z tej funkcji. Pamięć o własnej śmiertelności i omylności była im zbyt dotkliwa. – Z dwojga starożytnych światów Anthony uwielbiał Imperium Rzymskie, ale ciężko było oddać Morpheusowi że to Grecja odcisnęła większe piętno na zbiorowej świadomości. Nawet wczoraj rozmawiali wszak o Hadesie, a nie Plutonie.
Słowa o popełnianiu błędów i sparzeniu się sprawiły, że Anthony umilkł na dłuższą chwilę, pośród poszumu sadowiącej się publiczności. Było coraz ciemniej na nieoświetlonym placu, łuna od orchestronu zamigotała powoli usadawiającą się orkiestrą. Było jej niemało. W końcu mężczyzna podjął, tym samym tonem, którym dzień wcześniej opowiadał o swojej niedoszłej pianistycznej karierze. I choć nie odchylał głowy, można było odnieść, że ponownie odsłania swoją szyję, przez wzgląd na ton i przede wszystkim przez wzgląd na słowa:
– W tym najtrudniejsze jest chyba to... Świadomość własnych ograniczeń i kierunku wzrostu. Wiesz, są tacy, którzy wróżą mi świetlaną przyszłość w mojej Instytucji. Ale ja czuję, że to co mam teraz mi zupełnie wystarczy. Czuję, że...– odwrócił się z zastanowieniem do Erika, który przez wzgląd na ilość ludzi był bardzo, bardzo blisko niego. Ich biodra i uda stykały się ze sobą, w pozornie nieznaczącym przymusie siedzenia pozbawionego odseparowanych oparć. Scena ustawiona tuż pod ratuszem rozświetlona była przygaszoną jeszcze czerwienią i granatem, a zlewające się barwy odbijały się w lekko zeszklonym spojrzeniu Anthony'ego. Nie odwracał się, choć orkiestra zaczęła się stroić, jeden konkretny dźwięk wyłaniał się z kakofonii i kilku pospiesznych gamek rozgrzewających instrumenta. Nie odwrócił się również na oklaski obwieszczające pojawienie się dyrygenta. Gdy nastała w końcu cisza, na ten krótki moment przed spektaklem, przed rozpoczęciem dzieła, powiedział w końcu: – Czuję, że jest mi bardzo dobrze w miejscu w którym jestem. – ...i zaraz potem rozbrzmiała na Piazzo del Popolo muzyka w pełnym rozbłysku reflektorów, braw tańczących po murze ratusza świateł.
Przedstawienie rozpoczęło się dynamicznym sztormem i eksplozją radości na wieść o uratowanym statku. Niezbyt wielki chór cieszył się na powrót Otella i Cassia, wszyscy poza jednym głosem, bardzo niskim i wyraźnie przebijającym w narracji. Szpakowaty tenor miał ostentacyjnie pociemnioną skórę, zarost czarnowłosego barytona zdawał się być domalowany henną, nie sposób też było przegapić blondwłosej piękności, jedynej kobiety spośród bohaterów mających prawo głosu poza chórem. Było też dwóch innych, drugoplanowych solistów, Erik mógł się domyślić, że jeden z nich jest Cassiem a drugi Rodrigiem, zwłaszcza, że po ostentacyjnym piciu na hejnał, zaczęli się bić. Rwetest zakończył wściekły Otello rozganiając towarzystwo. Barwy zmieniały się dynamicznie, układając się w intrygującą scenografię, niekiedy w finezyjne wzory, innym razem oddając nastrój: złowieszczego knucia, czy psychodelicznej zabawy. Tarcza zegara posiadała swoje własne oświetlenie i zdecydowanie nie pokazywała właściwej godziny. Zatrzymała się w jednym miejscu to znów ruszała, zgodnie z rozwojem fabuły.
Muzyka trwała, przedstawienie toczyło się niespiesznie, a napięcie ustępowało. Artyści zaczęli się rozchodzić pozornie zwiastując nadejście antraktu aż nagle, w momencie gdy z ciszy wyłoniła się pojedyncza linia wiolonczeli, do której niedługo potem dołączyły kolejne trzy głosy, Erik mógł poczuć jak szczupłe palce zaciskają się na jego dłoni. Mężczyzna patrzył na scenę z nietłumionym entuzjazmem, ale i oczekiwaniem. Gdy Otello zaczął prowadzić konwersację ze swoją żoną, Shafiq pochylił się ku Erikowi:
– Wsłuchaj się uważnie w zakończenie tej sceny, ono powróci. – szepnął cicho.
– Mój zawód... jest specyficzny i wymaga sporej wprawy. Mam w pamięci, że każdej ze stron po prostu na czymś zależy i warto zamiast toczyć pojedynki dojść do tego kluczowego optimum porozumienia, zaspokojenia wzajemnie potrzeb, bez większego poświęcenia. Oczywiście, czasem rozwiązania pacyfistyczne nie wchodzą w grę, ale... cóż, zawsze warto próbować. – zdawał się mówić szczerze o swojej pracy, choć z drugiej strony nie było to miejsce i czas, aby dzielić się cieniami ów "zawodu". – A jeśli chodzi o asy w rękawie, czy uspokoi Cię informacja, że zawsze stawiałem na dobrą obronę, zamiast podstępną ofensywę? – Przepastne szare oczy zdawały się być jakieś onieśmielone własnym pytaniem, zupełnie jakby Anthony był niepewny zarówno odpowiedzi, jak i tego, czy Erik w ogóle da wiarę jego słowom. Wszak widział go podczas negocjacji, wiedział, że pod tą maską miękkości kryje się rekin, który nie odpuszcza. I bez specjalistycznej wiedzy, słuchając trzy po trzy z opowieści podczas lunchów, Longbottom mógł wywnioskować, że Włosi zgodzili się na więcej niż chcieli dać za mniej niż Anglia początkowo chciała im dać. Przynajmniej oficjalnie... – Ostatecznie – podjął znów z miękką melancholią – wszyscy jesteśmy aktorami na scenie życia, próbującymi jakoś odnaleźć się w scenariuszu pisanym przez Los.
Był ożywiony gdy opowiadał treść nadchodzącego spektaklu, ale też w żaden sposób nie dał odczuć Erikowi, żeby jego głos był niemile widziany. Wręcz przeciwnie, przylepił się do kilku słów, kiwając głową i wchodząc w detale nie tak przecież skomplikowanych relacji: – To prawda, Jago od dawna zazdrościł Otellowi sukcesów. W oryginalnej sztuce, zazdrościł mu przede wszystkim Desdemony, bo też konkurował o jej rękę, librecista Verdiego zmienił jednak motywację, ale o tym, o tym opowiem Ci przed drugim aktem, bo z pewnością będziemy mieć małą przerwę na odetchnięcie, może kieliszek wina, żeby zwilżyć usta i zmiękczyć dusze na nadchodzące tragedie? – zaproponował.
Podobnie z lubością podjął nić dyskusji na temat rozwoju i pokory. Kto znał Anthony'ego krótko i powierzchownie, mógł myśleć, że dopchał się do stanowiska nepotyzmem, cwaniactwem i ładną buzią. Kto znał go dłużej, znał koszt, lata wyrzeczeń i obelg ze strony ojca, które Shafiq znosił bez słowa skargi. Przynajmniej bez słowa oficjalnej, publicznej skargi.
– Pycha kroczy przed upadkiem, staram się jak mantrę powtarzać to sobie jako modlitwę przed snem. Czy wiedziałeś, że kiedyś w Imperium, władcy mieli specjalnych ludzi, których jedynym zdaniem było delikatnym dzwonkiem przypominać im podczas podejmowanych decyzji "Jesteś tylko człowiekiem". Niestety Ci, którzy sądzili że są bogami, zrezygnowali z tej funkcji. Pamięć o własnej śmiertelności i omylności była im zbyt dotkliwa. – Z dwojga starożytnych światów Anthony uwielbiał Imperium Rzymskie, ale ciężko było oddać Morpheusowi że to Grecja odcisnęła większe piętno na zbiorowej świadomości. Nawet wczoraj rozmawiali wszak o Hadesie, a nie Plutonie.
Słowa o popełnianiu błędów i sparzeniu się sprawiły, że Anthony umilkł na dłuższą chwilę, pośród poszumu sadowiącej się publiczności. Było coraz ciemniej na nieoświetlonym placu, łuna od orchestronu zamigotała powoli usadawiającą się orkiestrą. Było jej niemało. W końcu mężczyzna podjął, tym samym tonem, którym dzień wcześniej opowiadał o swojej niedoszłej pianistycznej karierze. I choć nie odchylał głowy, można było odnieść, że ponownie odsłania swoją szyję, przez wzgląd na ton i przede wszystkim przez wzgląd na słowa:
– W tym najtrudniejsze jest chyba to... Świadomość własnych ograniczeń i kierunku wzrostu. Wiesz, są tacy, którzy wróżą mi świetlaną przyszłość w mojej Instytucji. Ale ja czuję, że to co mam teraz mi zupełnie wystarczy. Czuję, że...– odwrócił się z zastanowieniem do Erika, który przez wzgląd na ilość ludzi był bardzo, bardzo blisko niego. Ich biodra i uda stykały się ze sobą, w pozornie nieznaczącym przymusie siedzenia pozbawionego odseparowanych oparć. Scena ustawiona tuż pod ratuszem rozświetlona była przygaszoną jeszcze czerwienią i granatem, a zlewające się barwy odbijały się w lekko zeszklonym spojrzeniu Anthony'ego. Nie odwracał się, choć orkiestra zaczęła się stroić, jeden konkretny dźwięk wyłaniał się z kakofonii i kilku pospiesznych gamek rozgrzewających instrumenta. Nie odwrócił się również na oklaski obwieszczające pojawienie się dyrygenta. Gdy nastała w końcu cisza, na ten krótki moment przed spektaklem, przed rozpoczęciem dzieła, powiedział w końcu: – Czuję, że jest mi bardzo dobrze w miejscu w którym jestem. – ...i zaraz potem rozbrzmiała na Piazzo del Popolo muzyka w pełnym rozbłysku reflektorów, braw tańczących po murze ratusza świateł.
![[Obrazek: otello-di-verdi-bozzetto-palazo-dei-capitani.jpg]](https://www.picenooggi.it/files/2011/07/otello-di-verdi-bozzetto-palazo-dei-capitani.jpg)
Przedstawienie rozpoczęło się dynamicznym sztormem i eksplozją radości na wieść o uratowanym statku. Niezbyt wielki chór cieszył się na powrót Otella i Cassia, wszyscy poza jednym głosem, bardzo niskim i wyraźnie przebijającym w narracji. Szpakowaty tenor miał ostentacyjnie pociemnioną skórę, zarost czarnowłosego barytona zdawał się być domalowany henną, nie sposób też było przegapić blondwłosej piękności, jedynej kobiety spośród bohaterów mających prawo głosu poza chórem. Było też dwóch innych, drugoplanowych solistów, Erik mógł się domyślić, że jeden z nich jest Cassiem a drugi Rodrigiem, zwłaszcza, że po ostentacyjnym piciu na hejnał, zaczęli się bić. Rwetest zakończył wściekły Otello rozganiając towarzystwo. Barwy zmieniały się dynamicznie, układając się w intrygującą scenografię, niekiedy w finezyjne wzory, innym razem oddając nastrój: złowieszczego knucia, czy psychodelicznej zabawy. Tarcza zegara posiadała swoje własne oświetlenie i zdecydowanie nie pokazywała właściwej godziny. Zatrzymała się w jednym miejscu to znów ruszała, zgodnie z rozwojem fabuły.
Muzyka trwała, przedstawienie toczyło się niespiesznie, a napięcie ustępowało. Artyści zaczęli się rozchodzić pozornie zwiastując nadejście antraktu aż nagle, w momencie gdy z ciszy wyłoniła się pojedyncza linia wiolonczeli, do której niedługo potem dołączyły kolejne trzy głosy, Erik mógł poczuć jak szczupłe palce zaciskają się na jego dłoni. Mężczyzna patrzył na scenę z nietłumionym entuzjazmem, ale i oczekiwaniem. Gdy Otello zaczął prowadzić konwersację ze swoją żoną, Shafiq pochylił się ku Erikowi:
– Wsłuchaj się uważnie w zakończenie tej sceny, ono powróci. – szepnął cicho.
Kluczowe zamknięcie sceny to prośba o pocałunek.
Pierwszy akt kończy się 33.35.
Pierwszy akt kończy się 33.35.