- Może i niewielkiego wzrostu, ale za to ile wdzięku. Zresztą talentu też Ci wcale nie brakuje. - odrzucił na te jej skromności. I był w tym zupełnie szczery, bo miał zdecydowanie słabość do tej najczarniejszej perełki rodu Blacków. I nie był to przecież pierwszy raz kiedy obsypywał młodą komplementami, bo od dawna przynosiła dumy nie tylko swoim rodzicom, ale całemu rodowi, którego przez własną krew też czuł się częścią.
Uśmiechnął się pogodnie kiedy dostrzegł jak zaśmiała się nad przykrym, choć nie dla nich, losem skrzata. Chociaż sami Zjednoczeni to był tylko pretekst do upuszczenia swoich negatywnych emocji, które nagromadziły się przez ostatnich kilka tygodni. I wcale nie czuł się źle z tym, że znęcał się nad istotą słabszą od siebie, wręcz przeciwnie, widział w tym łatwy cel do upustu tego co w nim akurat jest zepsute. Z drugiej strony, ratowała go obecność Bellatrix, która podnosiła mu poczytalność samą obecnością.
- Sęk w tym, nie mogę, choćbym bardzo tego chciał. To nieco bardziej skomplikowane, niestety... - odparł, nieco spięty drapiąc się po tyle głowy. Nie bardzo chciał teraz wdawać się w szczegóły tego pokracznego mezaliansu, ale z jednym nie miał zamiaru się ukrywać. Tego jak wielką antypatią darzy tego łachmaniarza z taboru. Stąd te substytuty przemocy z rzucaniem nożami w tablicę.
- Oczywiście, masz rację. Upić możemy się czymkolwiek, ale czym byśmy się wtedy różnili od pariasu? Nawet takim kwestią jak picie alkoholu, właściwie zwłaszcza takim, wypada nam nadać właściwy ton i maniery. W końcu jesteśmy najlepsi, prawda? - odparł przeciągając nieco wypowiedź. Tak go zawsze w rezydencji uczyli, większość zwykłych spraw musiała odznaczać się górnolotnymi akcentami, by zaznaczyć jak to ważnym się jest. I kiedy był chłopaczkiem nienawidził tego okropnie, bo nudne to było, zmuszało do posłuszeństwa, czego nie cierpiał i pochłaniało więcej czasu, niż było warte. Ale dzisiaj, mógł się nieco zabawić tą formułą, przy okazji uspokoić sumienie, bo kiedy pił wino po wykonaniu wszystkich tych ceregieli, nie było to już upijanie, a degustacja winiarskiego rzemiosła. Bo upijać się mógł jakiś zawszony cygan przy drodze, a nie panisko takie jak Lestrange.
Potem ucichł nagle i zmarszczył brwi zaniepokojony. Nie spodobało mu się to co usłyszał, a kiedy spojrzał dokładniej na młodą Trixi dostrzegł w niej coś na cieć żalu. - Oho, wyczuwam problem... - odpowiedział półszeptem, niby do niej, ale też do samego siebie. Odłożył kieliszek na stolik, po czym odsunął krzesło dla kuzynki. - Siadaj i opowiadaj, zamieniam się w słuch. - dodał już nieco mniej rozochocony, a drobnym gestem zachęcił by spoczęła przy stole. Nie myślał o sobie jako o specjaliście od porad sercowych, nawet takiego amatora, ale nie będzie stał spokojnie i przyglądał się biernie, kiedy widział troskę na buźce Blackówny. Kiedy usiadła już, zrobił podobnie, ale po przeciwnej stronie. Przy okazji chwycił za butelkę i uzupełnił obojgu. Do pełna, o wiele więcej, niż zwyczaj sugerował przy tak zwanej degustacji. Tym razem nie przechylił jednak za mocno i za szybko, żeby mu się język nie zaplątał, kiedy miał zamiar zaraz pocieszać kuzynkę.