08.04.2024, 12:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 13:01 przez Anthony Shafiq.)
Gdyby miał wskazać swojego boskiego patrona, z pewnością wybrałby Mercuriusa. Sprowadzany przez wielu li tylko do funkcji posłańca, był bóstwem handlu i pieniądza, był patronem celników. A kimże był ten, który miał w rękach standardy handlu międzynarodowego? Kim był, jeśli nie celnikiem ostatecznym, decydującym o tym jakież towary mogą wpływać do kraju, a jakież to mogę go opuszczać. Mercurius w końcu sprzyjał obrotnym i zaradnym, niekoniecznie rzemieślnikom, a tym co później obracali ów rzemiosłem, rozprowadzali towar, mnożyli dobra, przynosili zysk. Mercurius błyszczał złotem, o którym wielu zapominało.
Mercurius również niewątpliwie płonął, a przynajmniej jedna jego połowa, ta znajdująca się obliczem skierowanym ku słońcu. Druga połowa była skuta lodem, tak poruszona brakiem ciepła, jak pierwsza jego nadmiarem. Podobnie lewa strona Anthony'ego od strony skraju ławki na której siedzieli, w pełni swobodna i dająca wiele możliwości na przypadkowy ruch łokcia czy nogi, zdawała się być tak zamrożona, jak jego prawa strona płonęła obecnie żywym ogniem. Mężczyzna nie mógł pojąć do końca tegoż wrażenia i przez cała wieczność skroploną w trzydziestu ledwie minutach, zastanawiał się, czy Erik współdzieli z nim to odczucie. Dotyk trwał nieprzerwanie, drażniony co pewien czas pochylaniem się i prostowaniem zaintrygowanego sztuką Longbottoma, który zdawał się tego nie zauważać. Ale Shafiq, skoro raz jeden zwrócił na to uwagę, nie mógł już przestać o tym myśleć, analizując i czując coraz bardziej.
Równolegle jego oczy utkwione były w ścianie ratusza. Patrzył na spektakl, ale jakby go nie obejmował swoją rozedrganą percepcją. Warstwa wizualna nie była dla niego atrakcyjna z oczywistych, choć nieco wstydliwych względów, warstwę muzyczną zaś znał niemal na pamięć – jako osoba, która wprost mówiła, że Włochom wychodzi tylko wino i opera, byłoby zabawnym gdyby tej opery nie znał. Sądził, że spędzi ten wieczór na porównaniu z innymi wersjami, w których miał okazję już uczestniczyć ale nie... myśli mężczyzny nie mogły się oderwać od nieprzerwanego dotyku, rosnącego dyskomfortu zmieszanego z pragnieniem, aby ten stan nigdy się nie zmienił.
O słodka naiwności, która towarzyszyła mu podczas oplecenia palcami silnej dłoni swojego strażnika, ty która sądziła, że w końcu ten gest tak odwróci uwagę, jak i w końcu nakieruje ją na tory roztaczanej przez artystów opowieści! Gdy złapał go za rękę, właściwie chciał ją od razu zabrać. Tymczasem to się nie wydarzyło... Pierwej chciał zwyczajnie odczekać sekundy wiolonczelowego kwartetu, aby szepnąć słowa wskazówki, aby usłużnie poprowadzić nienawykłą do tego typu rozrywek duszę, dać jej przedsmak finału, aby ten smakował bardziej. I gdy już wyszeptał te słowa, zdał sobie sprawę z tego, że Erik nie zabrał swojej dłoni. Był ciekaw dlaczego, ale przede wszystkim był ciekaw jak długo może ten kontakt przeciągnąć. Prawdziwie ciekawość dyplomaty była ogromnych rozmiarów, choć gdyby rozmawiał z kim szczerze, to nie tę cechę i nie uczynki z niej wypływające uznałby jako kluczowe dla swojej pośmiertnej, nieskończonej wizyty w piekle.
I wtedy, nie sposób było zaprzeczyć, miast analizować dotychczasowe, palące punkty styku, w końcu zaczął myśleć o czym innym: chciał, musiał wręcz wiedzieć, zobaczyć kiedy młodszy towarzysz się zorientuje. Jeśli się zorientuje. Kiedy się odsunie. Jeśli się odsunie. Czy jego słoneczny blask upośledzał go na wrażenia dotykowe? Czy nie czuł tego niezwykłego połączenia, grzesznego w swoim zarodku, do niedawna nielegalnego w państwie w którym obaj mieli swoje rodzinne domy? Anthony patrzył uporczywie przed siebie, opływany przez słodkie, splatające się ze sobą melodie kochanków, czuł jednak coraz bardziej jak kręci mu się w głowie, jak serce wali mu tak głośno, że aż dziw, że jego tętent nie zakłócał niespiesznego pulsu muzyki.
Czy jeszcze przed chwila nie chwalił się, jak świetnie idzie mu obrona samego siebie? Był na tyle samoświadomy, że złapał się na tej żałosnej próbie wybielania się. Chodziło mu oczywiście o magię, chciał odepchnąć od siebie niewypowiedziany, ale wybrzmiewający mu w uszach zarzut o stosowanie zauroczeń. "Tylko stare dobre sprawdzone techniki manipulacji drogi Longobottomie, nic więcej, nic mniej" – tak mu chciał powiedzieć. Umysł ciasno otulony oklumencką barierą, taki, który nie przyjmie nic obcego, żadnej sugestii ni nagięcia do woli, był przecież czymś, czym warto było się przechwalać, oczywiście poza kręgiem własnych przeciwników. Tymczasem podstępnie ów świetnie chroniony umysł zatapiał się otumaniony w marzeniu, które mogło przynieść nic więcej niż ból i rozczarowanie.
W gruncie rzeczy bowiem, Anthony był romantykiem. Wrażliwy na piękno poezji, łagodne łukowania rzeźb, wrażliwy na sentymentalne tony muzyki i kształtujące świadomość opowieści. A teraz opowieść pisała się sama, pod ciepłym włoskim sklepieniem, pośród ludzi, a jednak tylko we dwoje, złączeni na moment ognistą nicią ciała ułożonego tuż obok ciała, dłoni położonej na dłoni, skóry przylegającej do skóry.
Lecz tak jak los kochanków na scenie był przesądzony z pierwszą nutą pierwszej sceny, tak Anthony wiedział, że romantycy giną młodo i samotnie, a on przecież chciał żyć, pracować, cieszyć się owocami tej pracy. Wiedział, że z masek o których rozmawiali ledwie chwilę temu musi ciaśniej związać z tyłu głowy tę pragmatyczną i cyniczną, chłodną w krokach, wyzutą z afektu. Tego samego afektu, który przed kilkoma laty już raz prawie że doprowadził go do upadku.
Jesteś tylko człowiekiem
Dzwoniło mu w uszach, w pamięci o zdradliwym ciele poddającym się popędom, o jeszcze bardziej zdradliwej duszy, zapatrzonej w złocistą tarczę doskonałego ucieleśnienia idei, niech przeklętym grekom będą za to dzięki, kalokagathia... Musiał to uszanować i przejść ponad tym. Musiał to w sobie stłamsić dla własnego dobra.
Zabrał dłoń jakby do oklasków, które rozbrzmiały momentalnie po ustaniu muzyki. Publiczność reagowała żywiołowo, najwidoczniej doceniając walory nie tylko estetyczne śpiewaczki, ale również artystyczne.
– Czy też uważasz, że z profilu Otello jest dość podobny do Twojego wuja? Wiem, że tenor jest dość posiwiały, ale przecież ostatnio i Morpheusowi chyba przybyło trochę szpakowatego ombre? – dodał pospiesznie, tkwiąc w swoim miejscu, mówiąc o sztuce tak barbarzyńsko płytko, a która była sztuką, którą pragnął mu cytować z dala od tłumów, z dala od świata, prosić językami świata o jeszcze jeden pocałunek, o trwanie sekundę dłużej w marzeniu, pod gałęziami drzewa figowego, którego owocu żadne z nich nie będzie mogło sięgnąć.
– Poczekaj z wydawaniem wyroków do drugiego aktu, Jago ma tam popisową arię, o której chętnie Ci zaraz opowiem, wpierw jednak... wino? Lepiej białe, mają tu wkoło dobre szczepy. Może być lekko musujące, ale nie będzie mi przeszkadzało, jeśli nie. Ach i proszę weź coś dla siebie, wracać będziemy inaczej, nie musisz się martwić o, sam wiesz co – wylądował niezgrabnie, tracąc wątek, tracąc słowa, tracąc siebie w spojrzeniu pełnym łagodności i niezbrukanej szlachetności.
Mercurius również niewątpliwie płonął, a przynajmniej jedna jego połowa, ta znajdująca się obliczem skierowanym ku słońcu. Druga połowa była skuta lodem, tak poruszona brakiem ciepła, jak pierwsza jego nadmiarem. Podobnie lewa strona Anthony'ego od strony skraju ławki na której siedzieli, w pełni swobodna i dająca wiele możliwości na przypadkowy ruch łokcia czy nogi, zdawała się być tak zamrożona, jak jego prawa strona płonęła obecnie żywym ogniem. Mężczyzna nie mógł pojąć do końca tegoż wrażenia i przez cała wieczność skroploną w trzydziestu ledwie minutach, zastanawiał się, czy Erik współdzieli z nim to odczucie. Dotyk trwał nieprzerwanie, drażniony co pewien czas pochylaniem się i prostowaniem zaintrygowanego sztuką Longbottoma, który zdawał się tego nie zauważać. Ale Shafiq, skoro raz jeden zwrócił na to uwagę, nie mógł już przestać o tym myśleć, analizując i czując coraz bardziej.
Równolegle jego oczy utkwione były w ścianie ratusza. Patrzył na spektakl, ale jakby go nie obejmował swoją rozedrganą percepcją. Warstwa wizualna nie była dla niego atrakcyjna z oczywistych, choć nieco wstydliwych względów, warstwę muzyczną zaś znał niemal na pamięć – jako osoba, która wprost mówiła, że Włochom wychodzi tylko wino i opera, byłoby zabawnym gdyby tej opery nie znał. Sądził, że spędzi ten wieczór na porównaniu z innymi wersjami, w których miał okazję już uczestniczyć ale nie... myśli mężczyzny nie mogły się oderwać od nieprzerwanego dotyku, rosnącego dyskomfortu zmieszanego z pragnieniem, aby ten stan nigdy się nie zmienił.
O słodka naiwności, która towarzyszyła mu podczas oplecenia palcami silnej dłoni swojego strażnika, ty która sądziła, że w końcu ten gest tak odwróci uwagę, jak i w końcu nakieruje ją na tory roztaczanej przez artystów opowieści! Gdy złapał go za rękę, właściwie chciał ją od razu zabrać. Tymczasem to się nie wydarzyło... Pierwej chciał zwyczajnie odczekać sekundy wiolonczelowego kwartetu, aby szepnąć słowa wskazówki, aby usłużnie poprowadzić nienawykłą do tego typu rozrywek duszę, dać jej przedsmak finału, aby ten smakował bardziej. I gdy już wyszeptał te słowa, zdał sobie sprawę z tego, że Erik nie zabrał swojej dłoni. Był ciekaw dlaczego, ale przede wszystkim był ciekaw jak długo może ten kontakt przeciągnąć. Prawdziwie ciekawość dyplomaty była ogromnych rozmiarów, choć gdyby rozmawiał z kim szczerze, to nie tę cechę i nie uczynki z niej wypływające uznałby jako kluczowe dla swojej pośmiertnej, nieskończonej wizyty w piekle.
I wtedy, nie sposób było zaprzeczyć, miast analizować dotychczasowe, palące punkty styku, w końcu zaczął myśleć o czym innym: chciał, musiał wręcz wiedzieć, zobaczyć kiedy młodszy towarzysz się zorientuje. Jeśli się zorientuje. Kiedy się odsunie. Jeśli się odsunie. Czy jego słoneczny blask upośledzał go na wrażenia dotykowe? Czy nie czuł tego niezwykłego połączenia, grzesznego w swoim zarodku, do niedawna nielegalnego w państwie w którym obaj mieli swoje rodzinne domy? Anthony patrzył uporczywie przed siebie, opływany przez słodkie, splatające się ze sobą melodie kochanków, czuł jednak coraz bardziej jak kręci mu się w głowie, jak serce wali mu tak głośno, że aż dziw, że jego tętent nie zakłócał niespiesznego pulsu muzyki.
Czy jeszcze przed chwila nie chwalił się, jak świetnie idzie mu obrona samego siebie? Był na tyle samoświadomy, że złapał się na tej żałosnej próbie wybielania się. Chodziło mu oczywiście o magię, chciał odepchnąć od siebie niewypowiedziany, ale wybrzmiewający mu w uszach zarzut o stosowanie zauroczeń. "Tylko stare dobre sprawdzone techniki manipulacji drogi Longobottomie, nic więcej, nic mniej" – tak mu chciał powiedzieć. Umysł ciasno otulony oklumencką barierą, taki, który nie przyjmie nic obcego, żadnej sugestii ni nagięcia do woli, był przecież czymś, czym warto było się przechwalać, oczywiście poza kręgiem własnych przeciwników. Tymczasem podstępnie ów świetnie chroniony umysł zatapiał się otumaniony w marzeniu, które mogło przynieść nic więcej niż ból i rozczarowanie.
W gruncie rzeczy bowiem, Anthony był romantykiem. Wrażliwy na piękno poezji, łagodne łukowania rzeźb, wrażliwy na sentymentalne tony muzyki i kształtujące świadomość opowieści. A teraz opowieść pisała się sama, pod ciepłym włoskim sklepieniem, pośród ludzi, a jednak tylko we dwoje, złączeni na moment ognistą nicią ciała ułożonego tuż obok ciała, dłoni położonej na dłoni, skóry przylegającej do skóry.
Lecz tak jak los kochanków na scenie był przesądzony z pierwszą nutą pierwszej sceny, tak Anthony wiedział, że romantycy giną młodo i samotnie, a on przecież chciał żyć, pracować, cieszyć się owocami tej pracy. Wiedział, że z masek o których rozmawiali ledwie chwilę temu musi ciaśniej związać z tyłu głowy tę pragmatyczną i cyniczną, chłodną w krokach, wyzutą z afektu. Tego samego afektu, który przed kilkoma laty już raz prawie że doprowadził go do upadku.
Jesteś tylko człowiekiem
Dzwoniło mu w uszach, w pamięci o zdradliwym ciele poddającym się popędom, o jeszcze bardziej zdradliwej duszy, zapatrzonej w złocistą tarczę doskonałego ucieleśnienia idei, niech przeklętym grekom będą za to dzięki, kalokagathia... Musiał to uszanować i przejść ponad tym. Musiał to w sobie stłamsić dla własnego dobra.
Zabrał dłoń jakby do oklasków, które rozbrzmiały momentalnie po ustaniu muzyki. Publiczność reagowała żywiołowo, najwidoczniej doceniając walory nie tylko estetyczne śpiewaczki, ale również artystyczne.
– Czy też uważasz, że z profilu Otello jest dość podobny do Twojego wuja? Wiem, że tenor jest dość posiwiały, ale przecież ostatnio i Morpheusowi chyba przybyło trochę szpakowatego ombre? – dodał pospiesznie, tkwiąc w swoim miejscu, mówiąc o sztuce tak barbarzyńsko płytko, a która była sztuką, którą pragnął mu cytować z dala od tłumów, z dala od świata, prosić językami świata o jeszcze jeden pocałunek, o trwanie sekundę dłużej w marzeniu, pod gałęziami drzewa figowego, którego owocu żadne z nich nie będzie mogło sięgnąć.
– Poczekaj z wydawaniem wyroków do drugiego aktu, Jago ma tam popisową arię, o której chętnie Ci zaraz opowiem, wpierw jednak... wino? Lepiej białe, mają tu wkoło dobre szczepy. Może być lekko musujące, ale nie będzie mi przeszkadzało, jeśli nie. Ach i proszę weź coś dla siebie, wracać będziemy inaczej, nie musisz się martwić o, sam wiesz co – wylądował niezgrabnie, tracąc wątek, tracąc słowa, tracąc siebie w spojrzeniu pełnym łagodności i niezbrukanej szlachetności.