Miękkie spojrzenie utkwił w sylwetce trwającej w mroku schodów, w tym, co było widać w mdłym świetle. Patrzył na kolumnę szyi oraz wiotkość sylwetki, która pozbawiona otoczenia gromady towarzyskiego dworu, wydawała mu się krucha jak trzcina, uginając się na wietrze, jednakże nie dość silna, aby przetrzymać nawałnicę. Trochę jak róża pienna, którą należy otulać sianem przed pierwszymi przymrozkami, jak puchową kołdrą, aby zasnęła na czas zimy i ponownie zakwitła.
Marzyło mu się postawić Vakela przed propozycją wymiany. On nie zgłosi niczego, zatrzyma dla siebie wycieczkę Dolohova, a tamten przedstawi mu bogów, do których lepiej się modlić.
Kwiecie i drzewka owijano w trosce, a on... Myślał o udrapowanych jedwabnych szalach na nagich ramionach w kolorach indygo i błękitu, haftowanych perłami i szlachetnymi kamieniami, o przebraniu go za bystrą Szeherezadę, która opowiadała bajki przez tysiąc i jedną noc, aby uniknąć dekapitacji. Poczuł się niesamowicie brudny z powodu swoich myśli, jakby nieznana lepkość wypełniła głowę, wzbudzając gorąc w trzewiach oraz odrazę do samego siebie. Nie mógł przestać myśleć o zaróżowionych policzkach Vakela, o słodkim pąsie oraz towarzyszącej mu pasji. Ta groźba nadal kołatała się w głowie.
— Opowiedz mi o swoich bogach w takim razie.
Wyciągnął się na podłodze, przewracając się na brzuch i podpierając brodę na dłoniach, aby głową wskazać dwuosobową kanapę, skierowaną w stronę posągu oraz Longbottoma. Mebel na kształt szezlongu wyglądał podobnie do tronów sułtanów Imperium Osmańskiego, a on u stóp, chciał słuchać opowieści. Nie zastanawiał się nad treścią, którą może go obdarzyć, nie wyprzedzając słów, ani swoimi pobudkami, aby zarządać opowieści.
Skupiał się na tym, aby nie myśleć o tym, jak bardzo jest głodny w sposób, jakiego nigdy jeszcze nie znał. Wizje popełnienia tabu. Nie mógł jednak dać młodszemu czarodziejowi żadnej słabości ani wystawić się, jak kaczka na ustawionym polowaniu, wypuszczona w powietrze tylko po to, aby ją zestrzelić.
Problem leżał w tym, że nieprzespane noce rozmazywały rozsądek.
Karty rozsypały się po podłodze, gdy szturchnął je nogą, brak snu uczynił go bardziej roztrzepanym, niż był zwykle, przyprawił też rzeczywistość o pewnego rodzaju odrealnienie. Talia rozłożyła się na posadzce, zatrzymując przy dywaniku, jedna karta, jak dzięki urokom, była odwrócona, pośród wielu, wielu jednakowych koszulek rewersów. Trójka mieczy. Serce przebite ostrzami, niczym z chrześcijańskiej ikonografii maryjnej. Nie zwrócił na nie uwagi, cały czas trzymając uwagę na gwieździe tego wieczoru i wielu myśli Longbottoma.
Chciał odczuwać wyższość, nawet w pozycji uległości, widział jednak siebie jako coś obrzydliwego. Zapewne Dolohov puściłby kolejnego pawia, słysząc myśli, mając przed oczami wyobrażenia, jakie samoistnie wpływały do nastoletniej głowy.
Uśmiechał się, w ten irytujący sposób, świetlisty, niemal natchniony jakąś mocą z innego świata, trochę w uśmiechu kogoś, kto zna datę końca świata, a trochę w uśmiechu kogoś, kto nie spał zbyt długo i rzeczywistość nie miała żadnego znaczenia. Chciał opowieści.