08.04.2024, 18:06 ✶
Peregrinus ze świstem wciągnął powietrze głęboko w płuca jak tonący wydobyty na powierzchnię, gwałtownie usiadł na łóżku i otworzył oczy. W uszach dzwoniło mu odległe echo krzyku. Uspokajając oddech, czekał, aż jego wzrok przywyknie do ciemności spowijających sypialnię. Owładnęło nim natrętne przeczucie, że coś czai się na granicy jego świadomości, wyjątkowo paskudna mara senna. Czyżby spłoszył ją ten wrzask?
Mężczyzna wstał i wyszedł na korytarz. Siłą przyzwyczajenia na początku odwrócił się w lewo, gdzie w fotelu przy drzwiach do ostatniego pokoju czuwała pielęgniarka wertująca w słabym świetle książkę. Usłyszawszy kroki, kobieta uniosła głowę i pozdrowiła Trelawneya skinieniem ręki.
— Znów krzyczała? — zapytał czarodziej, wwiercając spojrzenie w drzwi pokoju matki.
— Nie. Zażyła parę godzin temu pełną dawkę, jest spokojna. — Zrobiła krótką pauzę. — To byłeś ty.
Odpowiedział jej pełnym zmieszania milczeniem i uciekł spojrzeniem w bok.
— Koszmary? Przynieść ci coś na sen? — dodała łagodnie pielęgniarka.
— Nie, jest w porządku. Pójdę wcześniej do pracy. — I zniknął z powrotem w swoim pokoju.
Przyjście do biura… cóż, praktycznie w środku nocy, nie było dla niego niczym nietypowym. Vakel również miał niestandardowy rytm dobowy, lecz Peregrin żywił nadzieję, że gdy tego dnia wślizgnie się do Praw Czasu, Dolohov będzie jeszcze spał. Czuł się wytrącony z równowagi, a najlepszym na to lekarstwem była samotność.
Wciąż nie do końca przebudzony Trelawney wszedł pod prysznic. Strugi wody spłynęły po jego ramionach, a kiedy pierwsze krople z ostrym chlupotem opadły na dno brodzika, do umysłu mężczyzny wtargnęła fala niosąca wspomnienie snu.
Jezioro. Rozciągało się przed nim, a w nieprzeniknionej czarnej tafli odbijał się wąski sierp księżyca. On stał u jego brzegów, lodowata woda obmywała mu stopy z cichym pluskiem. W wodzie dryfowało coś, co ocierało się o jego nogi. Coś było również za nim. Czuł wyraźnie obecność, lecz gdy się odwrócił…
Stęknął z boleścią, uderzając czołem o kafelki kabiny.
Dotarłszy do Praw Czasu, Peregrinus od razu zabrał się do pracy, aby zająć czymś myśli, lecz ilekroć przymykał piekące z braku snu oczy, obraz jeziora mienił się pod jego powiekami. Gdy dopiął na ostatni guzik przygotowania do nadchodzącego dnia, znużony postanowił uporządkować sterty prasy dostarczanej regularnie do zakładu. Bezsenność nie sprzyjała jednak refleksom i przenosząc pokaźny stos gazet, upuścił je z łoskotem na podłogę. Z morza rozsypanych czasopism wyłoniło się archiwalne wydanie Proroka, które już na pierwszej stronie głosiło: Odnalezienie zwłok czarownicy, Elodie Legrand. Artykuł zdobiła fotografia jeziora.
Tak poznał, że to Windermere widział w swoim śnie.
Po przybyciu do ośrodka wypoczynkowego czarodziej omiótł scenerię ze swojego snu pobieżnym spojrzeniem, po czym skierował się w stronę wprost przeciwną. Nawet jeśli w jeziornych głębinach kryły się jakieś sekrety, Peregrinus Trelawney był ostatnią osobą, która miałaby ochotę badać jakikolwiek zbiornik wodny. We śnie zresztą to właśnie zza pleców nadeszło… coś, więc założył, że to tam właśnie powinien się udać.
Wędrował przez las, wdzięczny koronom drzew za rozciągającą się nad nim osłonę przed słońcem. Choć ledwo nastał świt, pogoda już zmusiła go do podwinięcia rękawów koszuli, zwiastując gorący letni dzień. Upały nie wprawiały Peregrinusa bynajmniej w zachwyt, lecz ten i ów — rzuciwszy okiem na lekko zielonkawy ton jego twarzy i blade jak u porcelanowej lalki przedramiona — mógłby zawyrokować, że odrobina słońca dobrze mu zrobi.
Trelawney wydobył z przepastnej skórzanej torby termos z kawą i popijał, dreptając leniwie po wytyczonej ścieżce. Korciło go odpalenie papierosa, lecz zwyciężyła obawa przed podpaleniem lasu. Lepiej nie kusić losu; tym bardziej że spędzenie paru godzin bez fajek, na świeżym powietrzu, również by mu posłużyło, bo nawet tutaj ciągnęła się za nim woń dymu.
Wkrótce wróżbita przekonał się, że na ścieżce nie jest sam. Gdy wyrósł przed nim obcy, schował termos i zatrzymał się przezornie kilka kroków od niego.
— Dzień dobry — zagaił, taksując go wzrokiem.
Od razu jego uwagę przyciągnęły kwiaty zatknięte za ucho mężczyzny, wyrośnięty krzew i chmara owadów.
— Nie spodziewałem się tutaj takich widoków — przyznał, śledząc wzrokiem motyla, który przefrunął obok twarzy Morhpeusa. — Ładne miejsce. Szkoda, że spadła na nie taka zła sława.
!szaleństwoWindermere
Mężczyzna wstał i wyszedł na korytarz. Siłą przyzwyczajenia na początku odwrócił się w lewo, gdzie w fotelu przy drzwiach do ostatniego pokoju czuwała pielęgniarka wertująca w słabym świetle książkę. Usłyszawszy kroki, kobieta uniosła głowę i pozdrowiła Trelawneya skinieniem ręki.
— Znów krzyczała? — zapytał czarodziej, wwiercając spojrzenie w drzwi pokoju matki.
— Nie. Zażyła parę godzin temu pełną dawkę, jest spokojna. — Zrobiła krótką pauzę. — To byłeś ty.
Odpowiedział jej pełnym zmieszania milczeniem i uciekł spojrzeniem w bok.
— Koszmary? Przynieść ci coś na sen? — dodała łagodnie pielęgniarka.
— Nie, jest w porządku. Pójdę wcześniej do pracy. — I zniknął z powrotem w swoim pokoju.
Przyjście do biura… cóż, praktycznie w środku nocy, nie było dla niego niczym nietypowym. Vakel również miał niestandardowy rytm dobowy, lecz Peregrin żywił nadzieję, że gdy tego dnia wślizgnie się do Praw Czasu, Dolohov będzie jeszcze spał. Czuł się wytrącony z równowagi, a najlepszym na to lekarstwem była samotność.
Wciąż nie do końca przebudzony Trelawney wszedł pod prysznic. Strugi wody spłynęły po jego ramionach, a kiedy pierwsze krople z ostrym chlupotem opadły na dno brodzika, do umysłu mężczyzny wtargnęła fala niosąca wspomnienie snu.
Jezioro. Rozciągało się przed nim, a w nieprzeniknionej czarnej tafli odbijał się wąski sierp księżyca. On stał u jego brzegów, lodowata woda obmywała mu stopy z cichym pluskiem. W wodzie dryfowało coś, co ocierało się o jego nogi. Coś było również za nim. Czuł wyraźnie obecność, lecz gdy się odwrócił…
Stęknął z boleścią, uderzając czołem o kafelki kabiny.
* * *
Dotarłszy do Praw Czasu, Peregrinus od razu zabrał się do pracy, aby zająć czymś myśli, lecz ilekroć przymykał piekące z braku snu oczy, obraz jeziora mienił się pod jego powiekami. Gdy dopiął na ostatni guzik przygotowania do nadchodzącego dnia, znużony postanowił uporządkować sterty prasy dostarczanej regularnie do zakładu. Bezsenność nie sprzyjała jednak refleksom i przenosząc pokaźny stos gazet, upuścił je z łoskotem na podłogę. Z morza rozsypanych czasopism wyłoniło się archiwalne wydanie Proroka, które już na pierwszej stronie głosiło: Odnalezienie zwłok czarownicy, Elodie Legrand. Artykuł zdobiła fotografia jeziora.
Tak poznał, że to Windermere widział w swoim śnie.
* * *
Po przybyciu do ośrodka wypoczynkowego czarodziej omiótł scenerię ze swojego snu pobieżnym spojrzeniem, po czym skierował się w stronę wprost przeciwną. Nawet jeśli w jeziornych głębinach kryły się jakieś sekrety, Peregrinus Trelawney był ostatnią osobą, która miałaby ochotę badać jakikolwiek zbiornik wodny. We śnie zresztą to właśnie zza pleców nadeszło… coś, więc założył, że to tam właśnie powinien się udać.
Wędrował przez las, wdzięczny koronom drzew za rozciągającą się nad nim osłonę przed słońcem. Choć ledwo nastał świt, pogoda już zmusiła go do podwinięcia rękawów koszuli, zwiastując gorący letni dzień. Upały nie wprawiały Peregrinusa bynajmniej w zachwyt, lecz ten i ów — rzuciwszy okiem na lekko zielonkawy ton jego twarzy i blade jak u porcelanowej lalki przedramiona — mógłby zawyrokować, że odrobina słońca dobrze mu zrobi.
Trelawney wydobył z przepastnej skórzanej torby termos z kawą i popijał, dreptając leniwie po wytyczonej ścieżce. Korciło go odpalenie papierosa, lecz zwyciężyła obawa przed podpaleniem lasu. Lepiej nie kusić losu; tym bardziej że spędzenie paru godzin bez fajek, na świeżym powietrzu, również by mu posłużyło, bo nawet tutaj ciągnęła się za nim woń dymu.
Wkrótce wróżbita przekonał się, że na ścieżce nie jest sam. Gdy wyrósł przed nim obcy, schował termos i zatrzymał się przezornie kilka kroków od niego.
— Dzień dobry — zagaił, taksując go wzrokiem.
Od razu jego uwagę przyciągnęły kwiaty zatknięte za ucho mężczyzny, wyrośnięty krzew i chmara owadów.
— Nie spodziewałem się tutaj takich widoków — przyznał, śledząc wzrokiem motyla, który przefrunął obok twarzy Morhpeusa. — Ładne miejsce. Szkoda, że spadła na nie taka zła sława.
!szaleństwoWindermere
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie