09.04.2024, 18:13 ✶
Nieziemskie złote lśnienie otulające zieloną knieję, które niósł za sobą Apollo zbliżający się do swojego Hiacynta, zaparło w pierwszej chwili dech w piersiach Trelawneya. Czyste sierpniowe słońce zbladło, drzewa ukołysane bryzą z szelestem liści pochyliły się, łakomo wyciągając gałęzie ku Mężczyźnie-Słońcu. Chciały czerpać z jego blasku, przyjrzeć się scenie rozgrywającej między tymi dwoma czy… zgiąć przed nim kolano? Przez głowę wróżbity przemknęła myśl, że tak powinno się postąpić, aby właściwie oddać mu honory.
Morpheus zrodził się z boskości, Peregrinus z prochu — był ułomnie ludzki. Nigdy nie miał przekroczyć bram Olimpu, z którego zszedł nieznajomy. Całe swoje życie spędził przy ziemi i w ziemi je skończy, podczas gdy miejsce stojącego przed nim boga było w panteonie nieśmiertelnych doskonałości. Ziemia odrzuciłaby bóstwo, bo nie było jej dzieckiem; wymykało się nieidealnej człowieczej naturze.
Peregrinus jak zahipnotyzowany wpatrywał się w dłoń Morpheusa, która wędrowała w stronę jego twarzy, dopóki nie uciekła poza horyzont jego wzroku. Palce, które wsunęły kwiat za jego ucho, odczuł ledwie jako muśnięcie, lecz to muśnięcie wystarczyło, aby krew w jego żyłach na moment zawrzała. Jego własna ręka uniosła się, powoli, jakby z trudem pokonywała barierę między tym, co ludzkie a boskie. Zdołał przelotnie go dotknąć: popękana, szorstka dłoń zaplamiona miejscami atramentem spotkała się z silną, zdrowo opaloną oliwkową ręką.
Urzeczony mężczyzna w pierwszej chwili nie zrozumiał, o jakiej sprawie mówi piękny obcy. Czym była ta sprawa? Wiedział o wszystkich sprawach Vakela. Prawda? Jakie sekrety Dolohov mógł dzielić z nieznajomym? Dlaczego kryłby przed tak oddanym asystentem interesy łączące go z tym człowiekiem? Trelawney tak bardzo starał się udowadniać ponad wszelką wątpliwość, że jest godzien jego zaufania.
Rozanielone jeszcze przed chwilą rysy twarzy stężały, jedna myśl zdominowała wszystkie inne: on śmieje mi się w twarz, kpi sobie z tego, że Vakel robi z nim coś za moimi plecami. Po czym do otumanionego magią umysłu przedarł się cienki głosik rozsądku: tę sprawę — Windermere.
— Nie jestem tu w imieniu mistrza Dolohova — powiedział, poprawiając w roztargnieniu kwiat za uchem, aby zająć czymś rękę. — Jeśli Ministerstwo nie zamknęło oficjalnie tego terenu, mogę wałęsać się tutaj, ile tylko mam ochotę. — Zręcznie ominął słowa: Departament Tajemnic. Nie był pewien, czy potrafiłby wypowiedzieć je w tamtej chwili w pełni neutralnym tonem.
Och, Departament Tajemnic. Osobisty Olimp Trelawneya. Rajski ogród otoczony murem, którego nie było mu dane pokonać. Gdyby tylko mógł wyłuskać Morpheusa Longbottoma z jego ciała, przyoblec się w jego skórę i wkroczyć do Ministerstwa jako funkcjonariusz upragnionego wydziału.
— Zatem zna mnie pan — skonstatował cierpko. — Jak zgaduję, reprezentuje pan… Departament. — Jakąż gorzką gulą rósł w jego gardle zlepek tych dwóch słów. Departament Tajemnic. — Czy i ja mogę wiedzieć, z kim mam do czynienia?
Morpheus zrodził się z boskości, Peregrinus z prochu — był ułomnie ludzki. Nigdy nie miał przekroczyć bram Olimpu, z którego zszedł nieznajomy. Całe swoje życie spędził przy ziemi i w ziemi je skończy, podczas gdy miejsce stojącego przed nim boga było w panteonie nieśmiertelnych doskonałości. Ziemia odrzuciłaby bóstwo, bo nie było jej dzieckiem; wymykało się nieidealnej człowieczej naturze.
Peregrinus jak zahipnotyzowany wpatrywał się w dłoń Morpheusa, która wędrowała w stronę jego twarzy, dopóki nie uciekła poza horyzont jego wzroku. Palce, które wsunęły kwiat za jego ucho, odczuł ledwie jako muśnięcie, lecz to muśnięcie wystarczyło, aby krew w jego żyłach na moment zawrzała. Jego własna ręka uniosła się, powoli, jakby z trudem pokonywała barierę między tym, co ludzkie a boskie. Zdołał przelotnie go dotknąć: popękana, szorstka dłoń zaplamiona miejscami atramentem spotkała się z silną, zdrowo opaloną oliwkową ręką.
Urzeczony mężczyzna w pierwszej chwili nie zrozumiał, o jakiej sprawie mówi piękny obcy. Czym była ta sprawa? Wiedział o wszystkich sprawach Vakela. Prawda? Jakie sekrety Dolohov mógł dzielić z nieznajomym? Dlaczego kryłby przed tak oddanym asystentem interesy łączące go z tym człowiekiem? Trelawney tak bardzo starał się udowadniać ponad wszelką wątpliwość, że jest godzien jego zaufania.
Rozanielone jeszcze przed chwilą rysy twarzy stężały, jedna myśl zdominowała wszystkie inne: on śmieje mi się w twarz, kpi sobie z tego, że Vakel robi z nim coś za moimi plecami. Po czym do otumanionego magią umysłu przedarł się cienki głosik rozsądku: tę sprawę — Windermere.
— Nie jestem tu w imieniu mistrza Dolohova — powiedział, poprawiając w roztargnieniu kwiat za uchem, aby zająć czymś rękę. — Jeśli Ministerstwo nie zamknęło oficjalnie tego terenu, mogę wałęsać się tutaj, ile tylko mam ochotę. — Zręcznie ominął słowa: Departament Tajemnic. Nie był pewien, czy potrafiłby wypowiedzieć je w tamtej chwili w pełni neutralnym tonem.
Och, Departament Tajemnic. Osobisty Olimp Trelawneya. Rajski ogród otoczony murem, którego nie było mu dane pokonać. Gdyby tylko mógł wyłuskać Morpheusa Longbottoma z jego ciała, przyoblec się w jego skórę i wkroczyć do Ministerstwa jako funkcjonariusz upragnionego wydziału.
— Zatem zna mnie pan — skonstatował cierpko. — Jak zgaduję, reprezentuje pan… Departament. — Jakąż gorzką gulą rósł w jego gardle zlepek tych dwóch słów. Departament Tajemnic. — Czy i ja mogę wiedzieć, z kim mam do czynienia?
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie