09.04.2024, 21:37 ✶
- Jestem - powtórzył raz jeszcze i bardzo, ale bardzo chciał powiedzieć, że już nic złego jej nie spotka, na żadnym etapie jej życia. Chciał, ale nie mógł, o ile nie chciał skłamać - a kłamał przecież tak rzadko - to nadmierna momentami szczerość narobiła mu wrogów i osób zniechęconych do jego szorstkiego podejścia. Dobry, ale nie miły - komentujący wszystko w myślach w drażniący sposób, czasami przenoszący te myśli na język i urzeczywistniający je w licznych kłótniach. Wredny, ale szczery - a więc nawet obiecując jej starania, nie mógł powiedzieć, że nie zawiedzie. Bo był swoim największym krytykiem i wiedział, jak często zawodził, nawet kiedy dawał z siebie wszystko i poświęcał sprawie, co tylko mógł.
Dla tej sprawy poświęciłby własne życie.
Już lata temu, kiedy ojciec narzucił mu konkretną drogę, spisał się na straty. To nie byłoby fair, gdyby umarła przed nim. Powinno istnieć jakieś prawo świata - wieczysta przysięga pozwalająca na oddanie komuś swojej duszy, tak żeby w ostatniej chwili zamienić się z nim miejscami i odejść w niebyt, pozostawiając swoje lata życia komuś, kto bardziej na nie zasługiwał i lepiej by je spożytkował. Jednocześnie trochę go to martwiło. Czy gdyby go zabrakło, Mills i Effie faktycznie byłyby bezpieczne? Z kim by mieszkały? Kto zamartwiałby się o nie całymi dniami, wracałby po nadgodzinach i dyskretnie otwierał ich pokoje w środku nocy, żeby upewnić się, czy faktycznie śpią? Kto przejąłby tę rolę, wypełnił tę pustkę? Bertie? Longbottomowie? A może wręcz przeciwnie - receptą na taką stratę było odcięcie się od tego, co ci o niej przypominało.
A może po prostu niektórym ludziom, przeznaczone było umrzeć razem? Może nie powinien się nad tym tyle rozwodzić, tylko wsłuchać się w słowa, które do niego szeptała i przyjąć je zbyt dosłownie - czyli jak przez większość czasu, bo z poezją nie było mu za pan brat, nawet kiedy udawał, że mu zależało.
- Nie musisz... nie musisz mówić tak, jakby już wydano na ciebie wyrok - skarcił ją mimo wszystko. Bo śmierć mogła stukać swoimi kościstymi palcami o framugę, ale oni wciąż mogli patrzeć w innym kierunku - na przekór wszystkiemu. To była jego prawda. - Do śmierci mamy jeszcze czas. Zostań, bo mamy tu jeszcze coś do zrobienia. - Nie chciał wcale, żeby brzmiało to jak rozkaz, ale tak to zabrzmiało - bo miał głos tak surowy, jak ich ojciec. Wdał się w niego z urody, z zachowań, z przeznaczenia, chociaż miał nieco miększą twarz i usposobienie. Iskra życia, jaką odziedziczył po matce, nie pomogła jednak w tym, że się zbyt wiele razy otarł o wrzask taty, a zbyt mało razy o jej czułe spojrzenie - i to, co nie powinno, na zawsze w nim zostało. Dlatego przestał płakać. Po jego policzkach nie płynęły już żadne łzy, a te wylane suszył właśnie czas. Bo faceci nie płakali.
Dla tej sprawy poświęciłby własne życie.
Już lata temu, kiedy ojciec narzucił mu konkretną drogę, spisał się na straty. To nie byłoby fair, gdyby umarła przed nim. Powinno istnieć jakieś prawo świata - wieczysta przysięga pozwalająca na oddanie komuś swojej duszy, tak żeby w ostatniej chwili zamienić się z nim miejscami i odejść w niebyt, pozostawiając swoje lata życia komuś, kto bardziej na nie zasługiwał i lepiej by je spożytkował. Jednocześnie trochę go to martwiło. Czy gdyby go zabrakło, Mills i Effie faktycznie byłyby bezpieczne? Z kim by mieszkały? Kto zamartwiałby się o nie całymi dniami, wracałby po nadgodzinach i dyskretnie otwierał ich pokoje w środku nocy, żeby upewnić się, czy faktycznie śpią? Kto przejąłby tę rolę, wypełnił tę pustkę? Bertie? Longbottomowie? A może wręcz przeciwnie - receptą na taką stratę było odcięcie się od tego, co ci o niej przypominało.
A może po prostu niektórym ludziom, przeznaczone było umrzeć razem? Może nie powinien się nad tym tyle rozwodzić, tylko wsłuchać się w słowa, które do niego szeptała i przyjąć je zbyt dosłownie - czyli jak przez większość czasu, bo z poezją nie było mu za pan brat, nawet kiedy udawał, że mu zależało.
- Nie musisz... nie musisz mówić tak, jakby już wydano na ciebie wyrok - skarcił ją mimo wszystko. Bo śmierć mogła stukać swoimi kościstymi palcami o framugę, ale oni wciąż mogli patrzeć w innym kierunku - na przekór wszystkiemu. To była jego prawda. - Do śmierci mamy jeszcze czas. Zostań, bo mamy tu jeszcze coś do zrobienia. - Nie chciał wcale, żeby brzmiało to jak rozkaz, ale tak to zabrzmiało - bo miał głos tak surowy, jak ich ojciec. Wdał się w niego z urody, z zachowań, z przeznaczenia, chociaż miał nieco miększą twarz i usposobienie. Iskra życia, jaką odziedziczył po matce, nie pomogła jednak w tym, że się zbyt wiele razy otarł o wrzask taty, a zbyt mało razy o jej czułe spojrzenie - i to, co nie powinno, na zawsze w nim zostało. Dlatego przestał płakać. Po jego policzkach nie płynęły już żadne łzy, a te wylane suszył właśnie czas. Bo faceci nie płakali.
fear is the mind-killer.