11.04.2024, 22:45 ✶
Z kolejnymi słowami Morpheusa Trelawneya zalała nowa fala nienawiści. Przecież nie zawsze był cieniem u boku Vakela. Miał przed nim dobre życie: niezależność, podróżowanie, własne studia. A jednak oto, do czego zredukował go Longbottom — paź mistrza Dolohova. Bezwolna pacynka zamknięta w piwnicy swojego pana, która widziała świat, tylko kiedy ten pozwolił jej go zobaczyć.
— Byłem tam — burknął oschle. — Mieszkałem we Włoszech. W okolicach Florencji, ale dużo podróżowałem po kraju i Europie. Nie tylko Europie. — Każde krótkie zdanie pozostawiało gorzki posmak na języku.
Gdyby mógł tam zostać, być może teraz sam wyglądałby jak towarzyszące mu bóstwo: smagły, emanujący siłą… pociągający czarem człowieka w pełni zadowolonego z tego, czym stało się jego życie. Pewnego, że jest na właściwym miejscu.
Departament Tajemnic, podróże, Komnaty — och, jakie piękne piękne życie miał ten piękny piękny człowiek. Peregrinus dławił się bezgłośnie zazdrością, przełykał ją z trudem, spychał z powrotem pod powierzchnię. Ukrywał pod fasadą kamiennej twarzy gotującą się w nim krew.
— Krokodyle — prychnął pogardliwie. Wyrwał kwiaty wplątane w jego włosy i uniósł je na wysokość oczu, przyglądając im się zjadliwie, nim zmiął je w zaciśniętej pięści. — Kwiaty i krokodyle. Oto, czym zajmują się teraz niewymowni. A można by pomyśleć, że wymaga to bardziej wyszukanego wachlarza kompetencji.
Wachlarza kompetencji, którego on nie posiadał. Przypomniał mu się list odmowny z Ministerstwa, który otrzymał lata temu. Mocniej zacisnął palce na bezbronnych płatkach buldei. Piękny Apollo nie musiał pewnie nawet prosić. Departament sam przyszedł pod jego drzwi, błagając, żeby zasilił ich szeregi.
Nie było w Peregrinie krzty wyrafinowanej perfidii Morpheusa. Pulsował tępym, nieokiełznanym gniewem. Był gotów strzelać złośliwościami na ślepo. Cokolwiek mogło ugodzić w drugiego czarodzieja, wgnieść go w ziemię, pokazać mu, gdzie jego miejsce. Że nie jest ani trochę lepszy od niego.
— Ach tak, wydaje mi się, że Vasilij opowiadał kiedyś o kimś takim.
Kłamstwo. Paskudne kłamstwo. Nie słyszał ani słowa, ale gotów był zarzekać się, że wiedział wszystko, że Vakel dzielił się z nim najintymniejszymi sekretami i myślami. Był jego. Jego Vakel, o którym on, Peregrinus, wiedział wszystko. Może i nie było go tam, gdy ci dwaj chodzili razem do szkoły. Może i zjawił się w jego życiu za późno, żeby poznać tego Vasilija Dolohova, którego znał ten człowiek. Prawdziwego Vasilija, tego przed Annaleigh.
I co z tego?! Powie Longbottomowi cokolwiek. Ha ha! No tak, Apollonemos, zaśmiewaliśmy się z ciebie kiedyś pół nocy. Oczywiście, opowiadał mi o tobie. Same złe rzeczy. Będę szczery: nienawidził cię.
Nawał tak gwałtownych uczuć rozrywał Peregrinusa na strzępy. Wróżbita oddałby wszystko, aby w tamtej chwili stamtąd uciec, zrzucić z siebie ciężar tej klątwy. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek doświadczył czegoś podobnego.
— Czy mam przekazać mistrzowi pozdrowienia od znajomego z dawnych lat? Zamierzam jeszcze dziś wieczorem się z nim widzieć.
— Byłem tam — burknął oschle. — Mieszkałem we Włoszech. W okolicach Florencji, ale dużo podróżowałem po kraju i Europie. Nie tylko Europie. — Każde krótkie zdanie pozostawiało gorzki posmak na języku.
Gdyby mógł tam zostać, być może teraz sam wyglądałby jak towarzyszące mu bóstwo: smagły, emanujący siłą… pociągający czarem człowieka w pełni zadowolonego z tego, czym stało się jego życie. Pewnego, że jest na właściwym miejscu.
Departament Tajemnic, podróże, Komnaty — och, jakie piękne piękne życie miał ten piękny piękny człowiek. Peregrinus dławił się bezgłośnie zazdrością, przełykał ją z trudem, spychał z powrotem pod powierzchnię. Ukrywał pod fasadą kamiennej twarzy gotującą się w nim krew.
— Krokodyle — prychnął pogardliwie. Wyrwał kwiaty wplątane w jego włosy i uniósł je na wysokość oczu, przyglądając im się zjadliwie, nim zmiął je w zaciśniętej pięści. — Kwiaty i krokodyle. Oto, czym zajmują się teraz niewymowni. A można by pomyśleć, że wymaga to bardziej wyszukanego wachlarza kompetencji.
Wachlarza kompetencji, którego on nie posiadał. Przypomniał mu się list odmowny z Ministerstwa, który otrzymał lata temu. Mocniej zacisnął palce na bezbronnych płatkach buldei. Piękny Apollo nie musiał pewnie nawet prosić. Departament sam przyszedł pod jego drzwi, błagając, żeby zasilił ich szeregi.
Nie było w Peregrinie krzty wyrafinowanej perfidii Morpheusa. Pulsował tępym, nieokiełznanym gniewem. Był gotów strzelać złośliwościami na ślepo. Cokolwiek mogło ugodzić w drugiego czarodzieja, wgnieść go w ziemię, pokazać mu, gdzie jego miejsce. Że nie jest ani trochę lepszy od niego.
— Ach tak, wydaje mi się, że Vasilij opowiadał kiedyś o kimś takim.
Kłamstwo. Paskudne kłamstwo. Nie słyszał ani słowa, ale gotów był zarzekać się, że wiedział wszystko, że Vakel dzielił się z nim najintymniejszymi sekretami i myślami. Był jego. Jego Vakel, o którym on, Peregrinus, wiedział wszystko. Może i nie było go tam, gdy ci dwaj chodzili razem do szkoły. Może i zjawił się w jego życiu za późno, żeby poznać tego Vasilija Dolohova, którego znał ten człowiek. Prawdziwego Vasilija, tego przed Annaleigh.
I co z tego?! Powie Longbottomowi cokolwiek. Ha ha! No tak, Apollonemos, zaśmiewaliśmy się z ciebie kiedyś pół nocy. Oczywiście, opowiadał mi o tobie. Same złe rzeczy. Będę szczery: nienawidził cię.
Nawał tak gwałtownych uczuć rozrywał Peregrinusa na strzępy. Wróżbita oddałby wszystko, aby w tamtej chwili stamtąd uciec, zrzucić z siebie ciężar tej klątwy. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek doświadczył czegoś podobnego.
— Czy mam przekazać mistrzowi pozdrowienia od znajomego z dawnych lat? Zamierzam jeszcze dziś wieczorem się z nim widzieć.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie