Nie byłby sobą gdyby chociaż trochę nie nadużył tej sytuacji, przeciągając te chwilę w której Stanley oczekiwał odpowiedzi dla własnej, czystej, złośliwej radości. Ale to tylko oznaka tego jak bardzo lubił Stanleya, to że pozwalał sobie na bycie odrobinę nieznośnym. Z drugiej też strony po prostu musiał zaznaczyć jak bardzo jest to dla niego błaha sprawa, a przede wszystkim, że w żadnym nawet drobnym szczególe nie czuje się za nic winny.
Zacmokał pod nosem i westchnął ciężko, niby niezadowolony z tego, że musi podnosić zadek, kiedy minutę wcześniej dopiero co się rozsiadł. No ale może faktycznie, nawet jeśli byli w Podziemnych Ścieżkach to ściany wciąż miały uszy. Konspiracja mimo wszystko wciąż zobowiązywała ich do powściągliwości jeśli chodziło o tego typu rozmowy. Zabrał ze sobą kufel ciemnego i idąc dwa kroki przed kumplem siorbał sobie piwo niczym irytujący dzieciak z kartonikiem soku. Oh, jak ta cała sytuacja go niesamowicie bawiła. Wszedł do środka, stanął przed biurkiem i odłożył na nim ten swój kufel na jakieś kartki papieru i pergaminu, nie zważając na to że naczynie mogło odbić się mokrym śladem na jakiś dokumentach, czy cholera wie czym to było. W środku roztaczała się woń taka jak się spodziewał czyli aromat popielniczki i Borgina, czytaj taniej wody kolońskiej i słabej jakości tytoniu. Do tego jednak zdążył już przywyknąć, a do woń wilgoci nie robiła już na nim wrażenia, odkąd spędził prawie cały maj w zgniłych lochach Kromlechy, starając się wybudzić Theona ze śpiączki Limbo.
Już od pierwszych chwil w biurze pana prezesa, nie za specjalnie był zainteresowany konwersacją z Borginem. Błądził wzrokiem po wnętrzu starając się dostrzec, coś co chociaż odrobinę wzbudzi jego ciekawość. Obdarował go może jednym, niezbyt oględnym spojrzeniem, kiedy zapytał o nasyłanie zbirów do miejsca Ambrosie. Wtedy uśmiechnął się krzywo, przekręcił głowę w bok, uniósł nieznacznie, otwarte dłonie i wzruszył ramionami w geście "chyba tak, ale chyba mi wszystko jedno". Oj tak, nie miał zbyt wielkiego respektu dla McKinnon i właściwie jakakolwiek problematyka tamtej sytuacji omijała go jak chybione pociski. Przerzucił w końcu wzrok na Stanleya, który gadał i gadał, a od tego gadania robiło się tylko niesmacznie. Zmarszczył brwi niby lekko zdegustowany tymi zarzutami, które wylewał przed nim Stanley, a Lestrange kompletnie nie miał ochoty wchodzić w to bagienko.
- No dobrze, masz mnie... - wtrącił się w końcu do tej rozmowy, bardziej zmuszony, niż z własnej chęci. - Miałem potrzebę odgryźć się za kilka jej złośliwości, które wymierzyła w kierunku mojej siostry. Nie będę ci teraz tłumaczył całego naszego rodzinnego mezaliansu, ale to tylko takie nasze... drobne przepychanki. Uśmiechnął się półgębkiem, szczerze, ale mimo wszystko w duchu niepocieszony tym, że ktokolwiek oczekiwał jego wyjaśnień na temat swoich decyzji. Gdyby ze Stanleyem nie znali się wuchte lat, rozmawialiby w zupełnie innym tonie, ale dla niego miał nieco więcej cierpliwości i wyrozumiałości. Miał też nadzieję, że on jego również zrozumie, że nie jest żadnym rycerskim rycerzykiem, a swoje problemy załatwia swoimi metodami. - Akurat kurwę to robię z... - urwał w ostatnim momencie, kiedy imię Kościanej Księżniczki samo pchało mu się na koniec jęzora. No nie robi się takich wystawek, tak jak nie mówi się "klucz pod wanną", jeśli nie chce się potem rozczarować. - kogoś innego... Skończył dyplomatycznie, chociaż Borgin i tak pewnie wiedział kogo miał na myśli, dlatego swój brzydki grymas na twarzy od powstrzymywania śmiechu schował w kuflu, przechylając go i starając się przy okazji nie zakrztusić. Odstawił jednak po chwili kubek, tak samo jak swój szczeniacki humorek.
- Ale nic się ostatecznie nie stało, prawda? Poza szklaną kulą, żadna śliczna buzia nie ucierpiała. - zaczął, zmieniając ton na ociupinkę poważniejszy i stanowczy. Do tego momentu było dla Louvaina całkiem zabawnie, ale ciągłe kwestionowanie jego metod, zaczynało być nużące, a lada chwila mogło zrobić się nawet irytujące. A prawda była taka, że Louvain zastał tamtego dnia Rosie w gorszej rozsypce, niż zwykle ją sam zostawiał. - Za dużo przejmujesz się tym, co się nie wydarzyło... Lepiej myśl o tym jak możesz pomóc mi, by pomóc sprawie. Zdecydowanie za dużo uwagi poświęcali nieistotnej sprawie, z której przecież nie wniknęły żadne kombinacje. Chyba, że to personalny problem, dlaczego więc owijać to tak w bawełnę?