12.04.2024, 15:37 ✶
Słowa o zakupie posiadłości były pierwszymi, które nie stały się dla Peregrina szpilą wbitą w idealne wymierzone wrażliwe miejsce. Nie zazdrościł mu majątku, nie pragnął fortuny — tej Longbottoma, Dolohova, kogokolwiek innego. Marzyła mu się wiedza, potęga, kontrola, niezależność, pozycja, piękno, doskonałość, mężczyzna — ale nie marzyły mu się dworki, posiadłości, złoto, do którego zarządzania trzeba było zatrudniać ludzi. Dopóki on i jego najbliżsi byli zabezpieczeni, a funduszy wystarczyło na rozwijanie jego pasji, nie zwracał zazdrośnie oczu ku opływającym w bogactwa.
— Jestem pewien, że nie pożałujesz decyzji. Włochy pełne są urokliwych zakątków — rzekł, mnąc wspomnienie swoich podróży, wściekle wymazując je z pamięci.
Było coś w sposobie, w jaki ten człowiek mówił o Vakelu, w iskrach skaczących pomiędzy nimi, gdy ciało spotykało ciało, w kolorowych kwiatach zdobiących hebanowe włosy… Peregrin czuł podskórnie, że ma do czynienia z kimś, kto cenił nie tylko powab kobiety. Ktoś, komu mógł podobać się Vasilij Dolohov i — co gorsze — kto mógł podobać się temu słynnemu wieszczowi.
Jaką zaś on miał szansę, kiedy bał się w ogóle sięgnąć w jej kierunku?
Dotyk dłoni Morpheusa nadszedł w idealnym momencie, aby skruszyć Trelawneya. Płatki wypadły spomiędzy jego palców, które drżały, błądząc po ręce Longbottoma.
Naciągnięta boleśnie w jego wnętrzu struna pękła w końcu, uwalniając całe napięcie, lecz bynajmniej nie w sposób, jakiego Peregrin się spodziewał. Jeszcze przed chwilą widział oczami wyobraźni, jak odwraca się, aby wściekle żłobić paznokciami policzki niewymownego, poczuć jego ciepłą krew na palcach, odebrać mu chociaż to jedno: urodę.
Przez Peregrinusa przeszła pożoga gniewu, a za pożogą kroczyła śmierć — po śmierci nie było nic. Cisza i pustka.
— Proszę samemu kupić i dostarczyć owoce. Asystuję Dolohovowi, nie jego przyjaciołom. — Słowa były bezbarwne i pozbawione wyrazu. Niemal przezroczyste, lekkie, uleciały jak dym ku koronom drzew.
Och, zazdrości wiodąca przez wszystek ludzkiego doświadczenia.
Zazdrość — owoc każdego smaku. Słodki zachwytem, cierpki kompleksem, ostry nienawiścią, gorzki rozpaczą. Epileptyczny taniec ułożony w rytm zbyt wielu melodii splątanych w walce o dominację. Jedna przez drugą. Wszystkie na raz.
Szaleńcza symfonia ukoronowana tąpnięciem, pod którym młody mężczyzna ugiął się, składając kapitulację.
— W jaki sposób miałoby mi to przeszkadzać? Czyż podążanie za mistrzem nie jest wpisane w naturę pracy asystenta?
Z postrzępionej rany, którą zostawiła zaszyta w piękne słówka krótka potyczka z Morfeuszem, sączyła się powoli krew, a z nią wypływała wola walki Trelawneya. Marzył tylko o tym, aby zadano mu już ostateczny cios. Gdyby tylko Vakel zjawił się tu, odwrócił od niego i utonął w objęciach tego mężczyzny. Każde ciche westchnienie, każda namiętna deklaracja, każdy czuły gest między tymi dwoma — po kolei rozrywałyby go na kawałeczki. Nie zamknąłby oczu, nie odwrócił głowy. Czekałby, aż podrażnione nerwy wepchną go w otępienie, zobojętnieje na wszystko i zostanie po nim pusta, nieczuła skorupa.
Jedynie taką drogę do wybawienia widział — kroczenie pustą ścieżką śmierci, bo po śmierci nie było nic.
— Jestem pewien, że nie pożałujesz decyzji. Włochy pełne są urokliwych zakątków — rzekł, mnąc wspomnienie swoich podróży, wściekle wymazując je z pamięci.
Było coś w sposobie, w jaki ten człowiek mówił o Vakelu, w iskrach skaczących pomiędzy nimi, gdy ciało spotykało ciało, w kolorowych kwiatach zdobiących hebanowe włosy… Peregrin czuł podskórnie, że ma do czynienia z kimś, kto cenił nie tylko powab kobiety. Ktoś, komu mógł podobać się Vasilij Dolohov i — co gorsze — kto mógł podobać się temu słynnemu wieszczowi.
Jaką zaś on miał szansę, kiedy bał się w ogóle sięgnąć w jej kierunku?
Dotyk dłoni Morpheusa nadszedł w idealnym momencie, aby skruszyć Trelawneya. Płatki wypadły spomiędzy jego palców, które drżały, błądząc po ręce Longbottoma.
Naciągnięta boleśnie w jego wnętrzu struna pękła w końcu, uwalniając całe napięcie, lecz bynajmniej nie w sposób, jakiego Peregrin się spodziewał. Jeszcze przed chwilą widział oczami wyobraźni, jak odwraca się, aby wściekle żłobić paznokciami policzki niewymownego, poczuć jego ciepłą krew na palcach, odebrać mu chociaż to jedno: urodę.
Przez Peregrinusa przeszła pożoga gniewu, a za pożogą kroczyła śmierć — po śmierci nie było nic. Cisza i pustka.
— Proszę samemu kupić i dostarczyć owoce. Asystuję Dolohovowi, nie jego przyjaciołom. — Słowa były bezbarwne i pozbawione wyrazu. Niemal przezroczyste, lekkie, uleciały jak dym ku koronom drzew.
Och, zazdrości wiodąca przez wszystek ludzkiego doświadczenia.
Zazdrość — owoc każdego smaku. Słodki zachwytem, cierpki kompleksem, ostry nienawiścią, gorzki rozpaczą. Epileptyczny taniec ułożony w rytm zbyt wielu melodii splątanych w walce o dominację. Jedna przez drugą. Wszystkie na raz.
Szaleńcza symfonia ukoronowana tąpnięciem, pod którym młody mężczyzna ugiął się, składając kapitulację.
— W jaki sposób miałoby mi to przeszkadzać? Czyż podążanie za mistrzem nie jest wpisane w naturę pracy asystenta?
Z postrzępionej rany, którą zostawiła zaszyta w piękne słówka krótka potyczka z Morfeuszem, sączyła się powoli krew, a z nią wypływała wola walki Trelawneya. Marzył tylko o tym, aby zadano mu już ostateczny cios. Gdyby tylko Vakel zjawił się tu, odwrócił od niego i utonął w objęciach tego mężczyzny. Każde ciche westchnienie, każda namiętna deklaracja, każdy czuły gest między tymi dwoma — po kolei rozrywałyby go na kawałeczki. Nie zamknąłby oczu, nie odwrócił głowy. Czekałby, aż podrażnione nerwy wepchną go w otępienie, zobojętnieje na wszystko i zostanie po nim pusta, nieczuła skorupa.
Jedynie taką drogę do wybawienia widział — kroczenie pustą ścieżką śmierci, bo po śmierci nie było nic.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie