Miało być łatwiej. Cholera, ani trochę nie było łatwiej. Wierzył, że cały ten rytuał miłosny i jego konsekwencje same w jakiś magiczny rozwiążą sprawę. Że zrządzenie losu, czy odpowiedni układ gwiazd samoistnie nakierują wszystko między nimi na właściwe tory. Tak sobie to tłumaczył, bo tak było mu po prostu wygodniej. Ale przecież jeśli on sam w żaden sposób nie zadba o ich relację to jedyne czego może się spodziewać to gorzkie rozczarowanie. A on nie miał więcej czasu na rozczarowania, nie miał już cierpliwości, a tym bardziej sił do tego, by przyjąć na siebie kolejny zawód. Sytuacja z Lorettą i jej wyborami sercowymi dobijały go wystarczająco, by pozwolić, żeby kolejna ważna dla niego relacja zgniła przez złe wybory. Dlatego należało sobie parę spraw wyjaśnić.
Przez parę kolejnych dni od ich ostatniej żywiołowej rozmowy, przez parę dni dręczył go moralny kac. Miał wyrzuty do samego siebie, że pozwolił sobie na taką wyniosłość. Jakiś wewnętrzny wstyd zżerał go od środka kiedy przywracał we wspomnieniach tamte sytuacje. Niezbyt często, praktycznie nigdy, nie pozwalał sobie na wylew tylu emocji, dlatego czuł się w jakiś sposób obnażony. Jakby świat miał na nim wtedy poznać. Zdarzało mu się stracić nad sobą panowanie, nawet nie raz, jednak tylko w bardzo konkretnych sytuacjach. Dokładnie wtedy kiedy dochodziło do konfrontacji z jakąś nieprzychylną mu łajzą, bowiem gniewny to on był, nawet nie zamierzał się bronić.
Dobrze, że niedługo potem, od ich ostatniej rozmowy w domu Louvaina, mieli umówione kolejne spotkanie. Miał szczęście, że Cynthia była bardziej dojrzała od niego i nawet pomimo ich sprzeczek zachowywała się dorośle. On w podobnej sytuacji nie wiedział, czy potrafiłby się zachować jak ona i kontynuować pomoc w jego Zimnych problemach. Szczególnie kiedy w grę wchodziła zazdrość. Czego jak czego, ale tego nie potrafił przerobić w żadnym calu.
Czuł, że należy to jakoś odkręcić, bo zwyczajnie zaczął się bać. Bał się, że Cynthia wyślizgnie mu się między palcami, chociaż do niedawna był w pewien sposób przekonany, że ma na nią monopol. Że to tylko kwestia czasu, kiedy sprawy się ułożą po jego myśli. Szkoda tylko, że poza nim nikt o tych myślał nie wiedział, a szczególnie pani Flint, którą powinien przynajmniej względnie zapoznać ze swoimi ukrytymi zamiarami. Tak więc zjawił się w rodowej rezydencji Flintów, ubrany nieformalnie, jak to zwykle on w ciężką skórzaną kurtkę, przetarte ciemne jeansy i buciska na grubej podeszwie. Zgodnie z umówionym terminem po odbiór kolejnej dawki eliksiru na utrzymanie temperatury ciała. Bo to dzięki niemu mógł funkcjonować, bez wiecznego stresu o zdemaskowanie. I tak kolejny już, pewnie setny raz, blond królewna ratowała mu dupsko przed problemami, nawet kiedy zaciskał pięści ze złości przed nią i traktował gniewnym spojrzeniem. Właściwie chyba był to pierwszy raz kiedy tak dosadnie zamanifestował swój gniew w jej stronę.
- Ciebie również, Cynthia. - odrzucił z płaskim uśmiechem na twarzy. Żołądek momentalnie zacisnął mu się w do środka. Czy on kiedykolwiek przestanie się stresować przy każdej okazji rozmowy z nią? Nic tego nie zapowiadało. Zgodnie z ruchem jej dłoni przeszedł do wskazanego mu pomieszczenia. Mrowie fiolek, słoiczków i innych naczyń na składniki do eliksirów, nie robiły już na nim takiego wrażenia. U Lestrangów było przecież podobnie, specjaliści od magicznych napoi i nestorka jako główny uzdrowiciel w Mungu. Właściwie to uderzenie aromatów suszonych ziół sprawiało, że czuł się jak w swojej rodzinnej rezydencji, co było na swój sposób pokrzepiające w tej sytuacji. Zamyślony tym wszystkim, zawiesił spojrzenie na jej sylwetce, przez kilka sekund ignorując zadane mu pytania. Dopiero chwila głuchej ciszy sprowadziła go do świadomości.
- Emm, nieee... Wszystko było w porządku, eliksir jest doskonały, dziękuję jeszcze raz. - wycedził nieco zbity z pantałyku. Im bardziej zachowywała się dojrzale tym bardziej zaczęło go to wyprowadzać z równowagi. Jak ona potrafiła zachowywać taki nieprzerwany spokój i profesjonalizm, kiedy chronologicznie, kilka zdań wcześniej groził, że zrobi krzywdę jej, albo temu drugiemu o którym mu powiedziała.
- Cynthia, nie... proszę, przestań. Nie udawajmy, że wszystko jest okej. - wyrzucił w końcu, kiedy ta zaproponowała mu poczęstunek. Nie no, nie będzie teraz nic pił, a tym bardziej jadł kiedy sytuacja kompletnie nie jest poukładana. Zresztą powinna wiedzieć, że on jeśli już, to najbardziej gin tonic. - Chciałem żebyśmy porozmawiali, na tyle poważnie ile to możliwe. Jaa.. ee.. - zawiesił się, a ręką nerwowo zaczął drapać się po karku. - Cholera, dlaczego to zawsze takie trudne... - westchnął ciężko. Oparł się o blat jednej z szaf na której zapewne Cynthia przygotowywała składniki pod eliksiry, a okruchy zażenowania zmusiły go, żeby na moment zasłonić twarz rękoma. Zaraz potem przeciągnął po całej długości swojej facjaty, żeby na koniec wbić proszące spojrzenie w Cynthię. Na matkę, ratuj - krzyczały jego oczy.