16.04.2024, 16:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2024, 20:53 przez Anthony Shafiq.)
– Widzisz, jeśli kiedyś tak się stanie, jeśli nie będziesz znał wyjścia... – zawiesił głos wymownie. Jak to się stało, że akurat przy tej wymianie zdań wyrosła przed nimi ściana zakręcającej kamienicy, a uliczka, którą wtedy eksplorowali, okazała się ślepa? Anthony uśmiechnął się łagodnie ku swemu towarzyszowi i kciukiem zatoczył krąg na wierzchu jego dłoni, gestem wzajemności i niemego zapewnienia. A potem pociągnął go w bok, do wąskiego, nieoświetlonego przesmyku zastawionego małym włoskim samochodem. Przesmyku, który mógł umknąć, ciasny i ciemny, nieoznaczony. Mogę być Twoją nicią, możesz utkać ze mnie swoją sieć, chciał mówić, lecz dusił w sobie niepotrzebne słowa. Nie potrzebowali przecież obietnic, nie chcieli ich w taką noc jak ta, zbyt mało czasu na słowa, skoro zaraz świt miał ich nakryć, odkryć, okraść... Noc nigdy nie zdawała się Anthony'emu krótsza. Niemal czuł jej umierający oddech, miarowy metronom ustawiony na stateczne andante, tempo kroku, sześćdziesiąt jednakowych uderzeń jedno obok drugiego, jak ziarenka piasku przesypujące się w bezwzględnej pustce zamkniętej transparentnym szkłem.
Lecz, gdy dotarli do ulicy gwiazd, okalającej tą część muru, gdy spoglądali przed siebie wciąż trzymając swoje dłonie, zawahał się, może ostatni raz. Cóż jeśli obaj nie potrzebowali iskry rozbuchanego afektu, a właśnie spokojnej, kojącej rozmowy, po rejwachu dźwięku i barw operowego wydarzenia? W końcu jego towarzysz nie czuł się najlepiej... Stąd pytanie, a w raz z nim kojący głos Erika, który mógłby nigdy nie milknąć, który mógłby tym głosem gasić w nim wszelkie wojny, koić lęki, który mógłby obiecać tu i teraz, że wszystko się ułoży, a on by uwierzył ślepo, mimo lat doświadczenia, mimo tony przeczytanych historii, tragedii dziejących się na każdym kroku.
I sycił się jego głosem, przyjmując mimowolnie treść. Nie sposób było nie przyznać Erikowi racji. Efekty tego typu dywagacji w fantastyce nigdy nie kończyły się dobrze. Co więcej, liczne filozoficzne analizy wskazywały jednoznacznie, że każda epoka romantyzowała i tęskniła za poprzednią, tak jak ludzie pieścili wspomnienia młodości, dwudziestoletnich burz i poszukiwań, nazywając je "naszymi czasami" zamiast zauważyć, że wciąż żyją i drugie tyle życia przed nimi. Trawa była zieleńsza, nie tyle w innej przestrzeni, nie tylko w ogródku sąsiada, ale też w innych czasach, co znajdowało chociażby odbicie, daleko nie szukając, w rycerskich turniejach, w maskaradach, stylizowanych przyjęciach, w których sam tak chętnie brał udział, a co Longbottom bez pudła mu przypomniał.
Czy fantazjował? Och, z pewnością nie raz, z dala od śródziemnomorskiej atmosfery nakłaniającej do filozofowania, rozmyślał o czasach, które miały dopiero nadejść. Rysował je zarówno pod kątem interesów swoich i pomnażanego przez siebie bogactwa, ale nie dało się ukryć, że z zaciekawieniem przyglądał się ruchowi, który burzył konserwatywne mury i tabu wokół związków jednopłciowych. Świat w którym nikt dla uniknięcia skandalu nie byłby zmuszany do małżeństwa, zdawał się światem surrealistycznym, ale wciąż intrygującym. Świat w którym miłość nie byłaby nazywana dewiacją, świat w którym homoseksualni artyści nie byli by gloryfikowani tylko jeśli pominąć ich preferencje i muzy, tych dla których tworzyli latami, z którymi niejednokrotnie żyli latami. To było wszystko cicho zamiatane pod dywan przez purystycznych historyków sztuki. Cóż, albo by to zamietli, albo owi artyści byliby zamieceni... Aż dziw, że ludzie wciąż słuchali Czajkowskiego, czytali Wilde'a...
Z drugiej strony Erik pytał o wyobrażenia Anthony'ego w tym konkretnym momencie i rzeczywiście tu już gwiezdne sklepienie i antyczne uliczki, którymi przed momentem spacerowali, przynosiły skojarzenia wybiegające daleko, daleko w przeszłość. Wybiegały do ukochanego Imperium, do czasów, gdy ich relacja mogłaby wyglądać tak pięknie i czysto. Relacja w której oliwienie cudzych ramion przed walką nie byłaby niczym zdrożnym. Podobnie jak wpatrywanie się w arenę podczas starcia championów i późniejszych chwil w wyłożonych poduchami cubiculum, już po wszystkim, gdzie w gestach pełnych uwielbienia mógłby oddawać cześć swemu wojownikowi, opatrując rany, całując sińce, przynosząc ulgę w zmęczeniu.
Nie miał pojęcia, jak mógłby o tym opowiedzieć stojącemu obok rozmówcy. Widocznie milczał zbyt długo, bo ten odłożył swój kieliszek i obrócił się ku niemu zadając kolejne pytania. Dziwne pytania, zarzucające mu znów jego brak zainteresowania osobą postawnego obrońcy mężów. Czy nie dał mu dość wskazówek prowadzących do prawdy o nim i prawdy o pragnieniach, które dusił w sobie tak bezskutecznie? Odruchowo zacisnął palce na trzymanej dłoni, bojąc się, że zaraz odebrana będzie mu przyjemność czucia go, choćby w tak ograniczonym stopniu. Ale Longbottom nie odsuwał się, on chciał brać coraz więcej, a Anthony... cóż on zdecydowanie zdawał sobie dosadnie sprawę z tego, ile chciałby mu dać...
Nie musiał zadzierać głowy wysoko, nie musiał wspinać się na palce, by widzieć owoc zaproponowany mu przez drugiego mężczyznę. Zahipnotyzowany, półprzytomny chwilą, pochylił się wzajem ku niemu, nieświadom tego, że Erik chce odebrać mu kieliszek. A gdy tylko opuszki palców zetknęły się wypuścił szkło, nie dbając zupełnie o to, że rozlane wino ubrudziło mu nogawkę, a stłuczone kawałki będą chrzęścić pod podeszwą, jeśli tylko postąpi krok. Uwolnioną ręką sięgnął momentalnie do perfekcyjnie wyrzeźbionej twarzy swego półboga, niedoszłego gladiatora. Koniuszek języka miękko położył na jego rozchylonych wargach, jakby szukając zapodzianej rubinowej kropli, smakując pozostawioną na ciepłych ustach winną słodycz, delektując się nią przez ten ulotny moment, nim ciążącym prawem grawitacji zapadł się w swoim słońcu. Z każdym uderzeniem obu serc ów delikatność spalała się bezpowrotnie. Dłoń Anthony'ego ześlizgnęła przez skroń ku włosom, a zdradzieckie ciało przyparte do ciała odsłaniało bezwstydnie zaborczy głód, tak skrzętnie dotąd skrywany za wachlarzem koronkowych niedomówień.
Lecz, gdy dotarli do ulicy gwiazd, okalającej tą część muru, gdy spoglądali przed siebie wciąż trzymając swoje dłonie, zawahał się, może ostatni raz. Cóż jeśli obaj nie potrzebowali iskry rozbuchanego afektu, a właśnie spokojnej, kojącej rozmowy, po rejwachu dźwięku i barw operowego wydarzenia? W końcu jego towarzysz nie czuł się najlepiej... Stąd pytanie, a w raz z nim kojący głos Erika, który mógłby nigdy nie milknąć, który mógłby tym głosem gasić w nim wszelkie wojny, koić lęki, który mógłby obiecać tu i teraz, że wszystko się ułoży, a on by uwierzył ślepo, mimo lat doświadczenia, mimo tony przeczytanych historii, tragedii dziejących się na każdym kroku.
I sycił się jego głosem, przyjmując mimowolnie treść. Nie sposób było nie przyznać Erikowi racji. Efekty tego typu dywagacji w fantastyce nigdy nie kończyły się dobrze. Co więcej, liczne filozoficzne analizy wskazywały jednoznacznie, że każda epoka romantyzowała i tęskniła za poprzednią, tak jak ludzie pieścili wspomnienia młodości, dwudziestoletnich burz i poszukiwań, nazywając je "naszymi czasami" zamiast zauważyć, że wciąż żyją i drugie tyle życia przed nimi. Trawa była zieleńsza, nie tyle w innej przestrzeni, nie tylko w ogródku sąsiada, ale też w innych czasach, co znajdowało chociażby odbicie, daleko nie szukając, w rycerskich turniejach, w maskaradach, stylizowanych przyjęciach, w których sam tak chętnie brał udział, a co Longbottom bez pudła mu przypomniał.
Czy fantazjował? Och, z pewnością nie raz, z dala od śródziemnomorskiej atmosfery nakłaniającej do filozofowania, rozmyślał o czasach, które miały dopiero nadejść. Rysował je zarówno pod kątem interesów swoich i pomnażanego przez siebie bogactwa, ale nie dało się ukryć, że z zaciekawieniem przyglądał się ruchowi, który burzył konserwatywne mury i tabu wokół związków jednopłciowych. Świat w którym nikt dla uniknięcia skandalu nie byłby zmuszany do małżeństwa, zdawał się światem surrealistycznym, ale wciąż intrygującym. Świat w którym miłość nie byłaby nazywana dewiacją, świat w którym homoseksualni artyści nie byli by gloryfikowani tylko jeśli pominąć ich preferencje i muzy, tych dla których tworzyli latami, z którymi niejednokrotnie żyli latami. To było wszystko cicho zamiatane pod dywan przez purystycznych historyków sztuki. Cóż, albo by to zamietli, albo owi artyści byliby zamieceni... Aż dziw, że ludzie wciąż słuchali Czajkowskiego, czytali Wilde'a...
Z drugiej strony Erik pytał o wyobrażenia Anthony'ego w tym konkretnym momencie i rzeczywiście tu już gwiezdne sklepienie i antyczne uliczki, którymi przed momentem spacerowali, przynosiły skojarzenia wybiegające daleko, daleko w przeszłość. Wybiegały do ukochanego Imperium, do czasów, gdy ich relacja mogłaby wyglądać tak pięknie i czysto. Relacja w której oliwienie cudzych ramion przed walką nie byłaby niczym zdrożnym. Podobnie jak wpatrywanie się w arenę podczas starcia championów i późniejszych chwil w wyłożonych poduchami cubiculum, już po wszystkim, gdzie w gestach pełnych uwielbienia mógłby oddawać cześć swemu wojownikowi, opatrując rany, całując sińce, przynosząc ulgę w zmęczeniu.
Nie miał pojęcia, jak mógłby o tym opowiedzieć stojącemu obok rozmówcy. Widocznie milczał zbyt długo, bo ten odłożył swój kieliszek i obrócił się ku niemu zadając kolejne pytania. Dziwne pytania, zarzucające mu znów jego brak zainteresowania osobą postawnego obrońcy mężów. Czy nie dał mu dość wskazówek prowadzących do prawdy o nim i prawdy o pragnieniach, które dusił w sobie tak bezskutecznie? Odruchowo zacisnął palce na trzymanej dłoni, bojąc się, że zaraz odebrana będzie mu przyjemność czucia go, choćby w tak ograniczonym stopniu. Ale Longbottom nie odsuwał się, on chciał brać coraz więcej, a Anthony... cóż on zdecydowanie zdawał sobie dosadnie sprawę z tego, ile chciałby mu dać...
Nie musiał zadzierać głowy wysoko, nie musiał wspinać się na palce, by widzieć owoc zaproponowany mu przez drugiego mężczyznę. Zahipnotyzowany, półprzytomny chwilą, pochylił się wzajem ku niemu, nieświadom tego, że Erik chce odebrać mu kieliszek. A gdy tylko opuszki palców zetknęły się wypuścił szkło, nie dbając zupełnie o to, że rozlane wino ubrudziło mu nogawkę, a stłuczone kawałki będą chrzęścić pod podeszwą, jeśli tylko postąpi krok. Uwolnioną ręką sięgnął momentalnie do perfekcyjnie wyrzeźbionej twarzy swego półboga, niedoszłego gladiatora. Koniuszek języka miękko położył na jego rozchylonych wargach, jakby szukając zapodzianej rubinowej kropli, smakując pozostawioną na ciepłych ustach winną słodycz, delektując się nią przez ten ulotny moment, nim ciążącym prawem grawitacji zapadł się w swoim słońcu. Z każdym uderzeniem obu serc ów delikatność spalała się bezpowrotnie. Dłoń Anthony'ego ześlizgnęła przez skroń ku włosom, a zdradzieckie ciało przyparte do ciała odsłaniało bezwstydnie zaborczy głód, tak skrzętnie dotąd skrywany za wachlarzem koronkowych niedomówień.