16.04.2024, 21:39 ✶
Podążający cały ten dzień za Millie młody mężczyzna nie przypominał niemal przezroczystego człowieka-cienia, który snuje się po Londynie w roku 72. Twarz dwudziestopięcioletniego Peregrinusa — choć już niewątpliwie męska — wciąż nosiła wspomnienie okrągłych, mięciutkich policzków chłopca, a w oczach odbijała się właściwa młodzieńcom beztroska. Choć trudno byłoby w to uwierzyć dziś, Trelawney był opalony włoskim słońcem, pachniał toskańskim powietrzem i uśmiechał się niewymuszenie. Był to jeden z ostatnich tygodni, kiedy świat widział go wypoczętego, pełnego zdrowia i sił, choć już wtedy co jakiś czas jego twarz pochmurniała.
Mimo że wyszli, aby miło spędzić czas i cieszyć się odnowioną po latach znajomością, nie mógł do końca wyrzucić z głowy myśli o tym, co zmusiło go do powrotu. Aurora Trelawney wciąż jeszcze próbowała chwytać się rzeczywistości, co było dla jej syna bardziej bolesnym widokiem niż kompletna apatia, w którą popadnie na przestrzeni kolejnych miesięcy. Gorzkie i żywe było również wspomnienie listu z Ministerstwa Magii. Przeczytał go w tych kilku ostatnich dniach tyle razy, że każde słowo wybiło się wyraźnie w jego pamięci i wróżbita będzie w stanie wyrecytować jego treść pewnie jeszcze na łożu śmieci. Pojedyncza kartka, jeden krótki akapit — kubeł lodowatej wody dla młodego, pełnego ambicji i wiary w swoje możliwości mężczyzny.
Peregrinus wzdrygnął się na trzask opuszczonej drabiny stryszku Mildred. Nieufnie wychylił się lekko w bok, żeby łypnąć na to, co czekało go na górze. Przez niewielkie okienko wpadało słabe szarawe światło zachodzącego słońca, lecz nie poprawiało to wcale widoczności. Kuzynka zniknęła, nim zdążył się obejrzeć i zadać jakiekolwiek pytania. Cóż mu więc pozostało? Wspiął się na strych przy wtórze jęków drabiny uginającej się pod jego ciężarem i — po zapaleniu lampki nocnej — rozejrzał wokoło. Mnogość rozpoczętych projektów malarskich Millie go ujęła — byli w tym tak podobni. Mimo że Trelawney talentem artystycznym bynajmniej nie grzeszył, to widział siebie w tej chaotycznej, pasjonującej pogoni za nowymi tematami. Zamiast sztalug i płócien, on do Londynu zwiózł skrzynię notatek, szkiców oraz rękopisów, które zamierzał przerobić na artykuły i posłać do gazet traktujących o właściwych im tematach. Jego dziecięcy pokój tonął w luźnych karteluszkach, zeszytach i segregatorach, w których tylko on potrafił się odnaleźć.
Głos dziewczyny wyrwał go z tych zachwytów. Peregrin kucnął przy włazie i wyjrzał na Millie czekającą z naręczem rzeczy.
— Dawaj to tu. Coś wybierzemy. — Nie miała to być w końcu uczta; bądź co bądź zjedli nie tak dawno suty obiad.
Zszedł o kilka stopni, aby odbierać od kuzynki fanty i ustawiać je na podłodze strychu. Na koniec wdrapał się z powrotem na poddasze, zabrał na stół, co mógł, i rozsiadł się na jednym z taboretów, czekając, aż czarownica do niego dołączy.
— I jeszcze jabłko! — Podrzucił w rękach uschnięty owoc. — Prawdziwa uczta, jest tu wszystko: mięso, warzywa, owoce, deser i napitek. Rodzina Moodych wie, jak powinno się podejmować gości — zażartował, rewanżując się jej za wcześniejsze uszczypliwości.
Tak naprawdę jednak nie narzekał. Lata nastoletnie nie były im jeszcze aż tak dalekie, aby przeszkadzał mu stół zastawiony losowym poczęstunkiem… tak długo jak stał na nim i alkohol. Była w tym jakaś nostalgiczna nuta. We wszystkim tym: spontanicznej gościnie, improwizowanej posiadówce i samej Mildred, którą ostatnio widział w czasach szkolnych.
No ale nie było to aż tak piękne, jak mogło się odmalować: w nosie Peregrina zakręcił się kurz i mężczyzna kichnął grzmiąco.
— Na Merlina. — Pociągnął nosem. — Wiesz, że chłoszczyść to czwarta klasa? — Uniósł brew, opierając łokieć o blat stolika. — Może pora porzucić Brygadę i wrócić do Hogwartu, co, Millie?
Cieszył się, że jabłko jest w jego dłoni, bo po takim stężeniu prowokacji obawiałby się, że wyląduje mu z soczystym plaśnięciem na twarzy.
Mimo że wyszli, aby miło spędzić czas i cieszyć się odnowioną po latach znajomością, nie mógł do końca wyrzucić z głowy myśli o tym, co zmusiło go do powrotu. Aurora Trelawney wciąż jeszcze próbowała chwytać się rzeczywistości, co było dla jej syna bardziej bolesnym widokiem niż kompletna apatia, w którą popadnie na przestrzeni kolejnych miesięcy. Gorzkie i żywe było również wspomnienie listu z Ministerstwa Magii. Przeczytał go w tych kilku ostatnich dniach tyle razy, że każde słowo wybiło się wyraźnie w jego pamięci i wróżbita będzie w stanie wyrecytować jego treść pewnie jeszcze na łożu śmieci. Pojedyncza kartka, jeden krótki akapit — kubeł lodowatej wody dla młodego, pełnego ambicji i wiary w swoje możliwości mężczyzny.
Peregrinus wzdrygnął się na trzask opuszczonej drabiny stryszku Mildred. Nieufnie wychylił się lekko w bok, żeby łypnąć na to, co czekało go na górze. Przez niewielkie okienko wpadało słabe szarawe światło zachodzącego słońca, lecz nie poprawiało to wcale widoczności. Kuzynka zniknęła, nim zdążył się obejrzeć i zadać jakiekolwiek pytania. Cóż mu więc pozostało? Wspiął się na strych przy wtórze jęków drabiny uginającej się pod jego ciężarem i — po zapaleniu lampki nocnej — rozejrzał wokoło. Mnogość rozpoczętych projektów malarskich Millie go ujęła — byli w tym tak podobni. Mimo że Trelawney talentem artystycznym bynajmniej nie grzeszył, to widział siebie w tej chaotycznej, pasjonującej pogoni za nowymi tematami. Zamiast sztalug i płócien, on do Londynu zwiózł skrzynię notatek, szkiców oraz rękopisów, które zamierzał przerobić na artykuły i posłać do gazet traktujących o właściwych im tematach. Jego dziecięcy pokój tonął w luźnych karteluszkach, zeszytach i segregatorach, w których tylko on potrafił się odnaleźć.
Głos dziewczyny wyrwał go z tych zachwytów. Peregrin kucnął przy włazie i wyjrzał na Millie czekającą z naręczem rzeczy.
— Dawaj to tu. Coś wybierzemy. — Nie miała to być w końcu uczta; bądź co bądź zjedli nie tak dawno suty obiad.
Zszedł o kilka stopni, aby odbierać od kuzynki fanty i ustawiać je na podłodze strychu. Na koniec wdrapał się z powrotem na poddasze, zabrał na stół, co mógł, i rozsiadł się na jednym z taboretów, czekając, aż czarownica do niego dołączy.
— I jeszcze jabłko! — Podrzucił w rękach uschnięty owoc. — Prawdziwa uczta, jest tu wszystko: mięso, warzywa, owoce, deser i napitek. Rodzina Moodych wie, jak powinno się podejmować gości — zażartował, rewanżując się jej za wcześniejsze uszczypliwości.
Tak naprawdę jednak nie narzekał. Lata nastoletnie nie były im jeszcze aż tak dalekie, aby przeszkadzał mu stół zastawiony losowym poczęstunkiem… tak długo jak stał na nim i alkohol. Była w tym jakaś nostalgiczna nuta. We wszystkim tym: spontanicznej gościnie, improwizowanej posiadówce i samej Mildred, którą ostatnio widział w czasach szkolnych.
No ale nie było to aż tak piękne, jak mogło się odmalować: w nosie Peregrina zakręcił się kurz i mężczyzna kichnął grzmiąco.
— Na Merlina. — Pociągnął nosem. — Wiesz, że chłoszczyść to czwarta klasa? — Uniósł brew, opierając łokieć o blat stolika. — Może pora porzucić Brygadę i wrócić do Hogwartu, co, Millie?
Cieszył się, że jabłko jest w jego dłoni, bo po takim stężeniu prowokacji obawiałby się, że wyląduje mu z soczystym plaśnięciem na twarzy.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie