Morpheus zawsze był w życiu młodszych Longbottomów. Bliżej mu było do nich niż do najstarszego rodzeństwa, więc bardzo często był ich furtką do pierwszych papierosów, łyków ognistej whisky oraz przykrywką, do robienia rzeczy, na które reszta dorosłych nigdy nie wyraziłaby zgody. Z czasem, wraz do dołączenia do Departamentu Tajemnic, stał się nieco bardziej cieniem, nadal jednak uśmiechał się blaskiem słońca i rozkładał dla nich karty, albo po prostu podawał bez słowa parasolkę, pomimo że dzień był słoneczny i nie zapowiadało się na deszcz.
Uścisnął Lucy na powitanie. Lubił chodzić gdzieś poza warownię z dzieciakami, natomiast teraz miał wrażenie, że to forma mówienia bratanicy przepraszam. Przepraszam, że mnie nie było, że nie mogłem przewidzieć, co się stanie, że nie mogłem go uratować. Podczas walk na Beltane, Morpheus znajdował się setki mil od Doliny Godryka, w ciepłej Grecji, studiując proroctwa, które już zapewne dawno się wypełniły lub nigdy nie stanowiły prawdy, będąc jedynie mugolskimi majakami pod wpływem narkotyków. Uciekł z Anglii, czując się odrzuconym, nie wiedząc, że starsi bracia po prostu chcieli go chronić. I obawiali się go, w pewnym sensie. W końcu był Niewymownym i mógł okazać się w każdej chwili szaleńcem, którego trzeba zamknąć w Lecznicy Dusz lub, co gorsza, zabić.
— Ciebie również. Jak praca? Mocno dała w kość? — zapytał. — Ja stawiam. I może rozłożę nam tarota na to lato, wcześniej nie miałem okazji — zasugerował. Morpheus i Lucy byli do siebie podobni, a idąc pod ramię, łatwo wnioskowało się pokrewieństwo, chociaż zwykle stawiano na sporo starszego brata, niż wujka. Zresztą, Longbottomowie mieli raczej dojrzały typ urody. Nigdy nie powiedziałby, że jest w podobnym wieku do takiego Isaaca Bagshota, czy raczej on w jej wieku. Duma i pewien rodzaj elegancji przemawiał przez sposób, w jaki wyglądali.
Wygodne milczenie towarzyszyło im w drodze, spokojna obecność drugiej osoby.
Ominął Norę Nory, o tej porze popularna kawiarenka przyjaciółki rodziny była zapchana klientelą, oczywiście dla niej tylko to na zdrowie, ale wolał nieco bardziej kameralną atmosferę miejsc na uboczu, nie aż tak obleganych, jak modne miejsca przy Pokątnej lub Horyzontalnej. Schodząc z głównych arterii miejskich, napotkali dziewczynkę. Obdartą, biedną, kogoś, kto wyglądał jak sierotka ze Ścieżek.
— Ja... ja sprzedaję zapałki — powiedziała dziewczynka, odpalając pierwszą o draskę, a płomień jakby zmienił się w mgłę i ujrzeli pierwsze wspomnienie Lucy.