— Kiedy się poznaliśmy, nie. Nie miał nawet. Różdżki. Przy. Sobie. — Morpheus próbował wykonać unik, ale rapier elegancko ciął, a kulka zalśniła czerwonym w połowie, po stronie stryja. Trafienie zajaśniało też wątłym blaskiem na kombinezonie, udając bardzo wytworną ranę. Zupełnie, jakby wszystko dookoła wuja musiało być idealnie wypielęgnowane tak jak jego wiecznie zaczesane do tyłu włosy i świeży wygląd nawet po nieprzespanych nocach. Morpheus nie pozwalał sobie na odstępstwa od swoich określonych zasad, aby inne nagięcia uchodziły mu na sucho. — Zostawił ją na zapleczu.
Erik musiał znać tę historię, wtedy cały magiczny stał w podwyższonej gotowości. Wieszcz brał udział w obronie niedużego baru w dzielnicy robotniczej, stawiając opór naśladowcom Śmierciożerców, nim dotrze tam BUM lub aurorzy. Jego dar dał mu przedsmak wydarzenia, a gdy próbował określić, kiedy to się wydarzy, trafił w sam jego środek. Później okazało się, że właściciel tego miejsca, mugol, jak i jego żona, mieli córkę w Hogwarcie i dlatego, potencjalnie, stali się celem.
Stworzył między nimi dystans, aby złapać oddech. Był na straconej pozycji od początku sparingu, I nie tylko dlatego, że był niższy, miał krótsze ręce i... Prawdę powiedziawszy, Erik zaszczepił w nim bardzo interesującą myśl. Chciałby spróbować walki trójzębem, brzmiało to wyjątkowo intrygująco i na pewno zbijało z tropu. Musiałby poćwiczyć tężyznę fizyczną, ale dystans do przeciwnika znacząco pomagał. Nie miał jednak czasu na fantazjowanie o innej broni, gdy jedną miał już w dłoni. Ponownie przeszedł do ofensywy, ale dużo mniej agresywnie, klasyczny sparing, zgrzytanie metalu o metal, ale czuł swoją porażkę w kościach. Oby bolało. Chciał pozbyć się gniewu.
— Kiedy. Kiedy proponowałem mu podłączenie kominka do fiuu, w razie czego... Na bogów, mieszka na Horyzontalnej, jest łatwym celem, odmówił. I nie umie się teleportować — wymieniał coraz bardziej zapalczywym tonem żmii, syczącej ostrzegawczo. Trochę, jakby to Erikowi miał za złe, że Neil nie radzi sobie w magicznym życiu. Nie miał, oczywiście, bardziej był zły na siebie, po pierwsze, dlatego, że dał się poddać poczuciu odpowiedzialności, ale także dlatego, że Neil stanowił obciążenie, ze swoimi humorkami i beznadziejną niechęcią do zmiany jakości swojego życia. Świat dawał mu cytryny, aby zrobił z nich lemoniadę, a on zostawiał je, aby gniły i go zatruwały.
— I odrzuca wszelką pomoc. Proponowałem mu staż w Mungu, jestem dobrym znajomym z panią Bulstrode, mógłby nawiązać znajomości z magimedykami. Jego ojciec jest chory — kontynuował z jadem w głosie. Tutaj łatwo było zrozumieć myślenie Morpheusa. Zamiast zajmować się domowej jakości ziółkami i tinkturami, młody czarodziej mógł studiować pod okiem profesjonalistów i pracować nad nowymi metodami leczenia. Ktoś z branży mógłby zainteresować się przypadkiem jego ojca i... go wyleczyć.
— Nie jestem jego właścicielem, nie założę mu obroży. Już wystarczy, że się zakochał, to brzmi jak kojec sam w sobie. — Z Erikiem mógł mówić o tym otwarcie. — A wiesz doskonale, że ja nie bawię się w stałe związki. Jeśli mam być mentorem, mogę być tylko mentorem. Nikim więcej. Mildred jest mniej tragicznym przypadkiem, a doskonale wiesz, jaka jest Millie.
Kropelka potu spłynęła mu po skroni, a gniew buzował w żyłach. Żadko kiedy wuj tak bardzo przypominał dziadka Godryka, jak w tej chwili. Zamarkował uderzenie w udo, by szybko przenieść miejsce celowania w przeciwległe ramię. Nikłe były jednak jego szanse przy tym poziomie zamroczenia frustracją.
Akcja nieudana